poniedziałek, 20 lipca 2015

~ 11 ~

Rozdził pisany do: ---, ---, ---


28 lipca, wtorek
   Wstałam jeszcze przed Danielem. Po porannej toalecie nastawiłam wodę na herbatę dla siebie i kawę dla Motylka. Podczas, gdy woda w czajniku powoli zaczynała bulgotać, przygotowałam niewielką ilość naleśników. Słodki zapach śniadania musiał mimo wszystko obudzić chłopaka, który stał w kuchennych drzwiach i przyglądał mi się, jak spokojnie popijam ciepłą herbatę. Wyciągnęłam kubek z kawą w jego stronę. Uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością. Chwytając ostrożnie za ucho, przeczesał rozczochrane włosy. Dał mi ledwo odczuwalnego całusa w policzek i pogładził po plecach. Spojrzałam wymownie w stronę stygnących naleśników. Udał, że nie widział mojego wzroku.
   - Gotowa na dzisiejszą imprezę? – zapytał.
   - Jaką imprezę? – odparłam zdziwiona. Nic mi nie wiadomo o żadnej imprezie.
   - Marcepan i Max mają dziś urodziny. Z tej okazji, jak co roku zresztą, ich rodzice pozwalają im robić imprezę w jednym z klubów, w których często gramy – wyjaśnił.
   Pokiwałam głową i wyszłam z pomieszczenia. Słyszałam, jak kroczył za mną.
   - Bądź gotowa na dziewiętnastą – poinformował mnie. Chwycił za jedną z leżących na krześle bluz, po czym skierował się do przedpokoju, gdzie założył buty.
   - Wychodzisz gdzieś?
   - Wrócę przed naszym wyjściem, spokojnie – uśmiechnął się. – Dasz sobie radę?
   - Tak – powiedziałam starając się przekonać bardziej siebie niż jego.
   Przytulił mnie i ucałował linię moich włosów.
   - Niedługo wrócę.


   Przez pierwszą godzinę znajdywałam sobie zajęcia bez problemów. Pozmywałam naczynia, poskładałam ubrania, posegregowałam wszelkie płyty, książki i filmy w całym domu. Ale gdy w każdym kącie zaświtał porządek nie miałam,, co robić. Dla zapełnienia swojego wolnego czasu włączyłam telewizor. Skakałam po kanałach bez problemu do momentu, gdy mój telefon znowu zadzwonił. Na wyświetlaczu ponownie pokazał numer Diabła. Wzięłam głęboki oddech i wyciszyłam telewizor. Starałam się unormować bicie serca, które tylko na samo wspomnienie mężczyzny zaczynało tłuc się w piersi jak szalone. Wcisnęłam zieloną słuchawkę.
   - Słucham? – spytałam niepewnie.
   - Inko? Gdzie jesteś? Jadę po ciebie. Gdzie jesteś? – jego władczy ton przyprawił mnie o przyjemne dreszcze. Najchętniej wsiadłabym w pociąg powrotny i wpadła z powrotem w jego łaski, ale musiałam być twarda.
   - To nie jest już twoja sprawa, Diable – odparłam chłodno.
   - Nie tym tonem, mała – warknął do słuchawki.
   - Nie tym tonem? Nie tym tonem?! Więc jak mam się do ciebie zwracać?! Wyrwałeś mi kolczyk z ucha! Uderzyłeś mnie, rozumiesz? Uderzyłeś! A obiecałeś, że nigdy mi tego nie zrobisz, nieważne, co by się nie działo. Złamałeś najważniejszą obietnicę. Nie mam zamiaru zwracać się do ciebie w żaden inny sposób. Jesteś tylko potworem! – Mój głos wspinał się po szczeblach decybeli coraz wyżej i wyżej. Mój krzyk brzmiał jak histeryczny pisk. Nie byłam tym zaskoczona. W końcu całe moje wnętrze krzyczało.
   - Zadałem ci pytanie, czekam na odpowiedź – mówił jakby moje słowa nie dotknęły go ani trochę.
   - U mojego przyjaciela w Warszawie i zostanę u niego tak długo, jak tylko będę chciała, więc możesz przestać wydzwaniać.
   - Jadę po ciebie – poinformował.
   - Nawet nie próbuj!
   - Znajdę cię – rzekł, rozłączając się.


   Wpatrywałam się w ekran nie mogąc uwierzyć w to, co się przed chwilą wydarzyło. Niemożliwe, żeby Diabeł tu przyjechał. Nawet jeśli to Warszawa jest bardzo dużym miastem i prawdopodobieństwo, że mnie znajdzie było bardzo małe. Ale to był Diabeł, a jeżeli coś sobie postanowił to niezłomnie dążył do celu.
    Denerwowałam się. Wróciłam do swojego starego nawyku, który zwalczyłam lata temu. Niczemu niewinny paznokieć znalazł się między moimi zębami. Przegryzałam jego cienką i słabą końcówkę. Zastanawiałam się kiedy Daniel wróci. I gdzie on w ogóle poszedł? Dochodziło dopiero południe. Jeżeli Diabeł mówił prawdę i miał zamiar się tu pojawić, to droga zajmie mu niecałe trzy godziny. Nie chciałam go widzieć. Nie byłam na to gotowa. Nie chciałam nawet tej krótkiej rozmowy.
    A mimo to odebrałaś, upomniałam siebie w duchu.


   Po kilku godzinach rozmyślania i wpatrywania się w telewizor, zamek w drzwiach frontowych zgrzytną. Wychyliłam głowę za oparcie kanapy, by spojrzeć kto przyszedł. Pierwszą zobaczyłam Bonawenturę z dużą torbą w ręce, za nią stał Daniel i cały czas się uśmiechał.
   - I jak było? – spytał podchodząc do mnie i składając na moich ustach delikatny pocałunek.
   - Okropnie.
   Zastanawiałam się czy powiedzieć mu o telefonie Diabła. Powinnam to zrobić, ale nie teraz. Nie przy Bonie.
   - Chodź, idziemy cię wyszykować – powiedziała dziewczyna kierując się do łazienki.
   Zdziwiona spojrzałam wyczekująco na Motylka, ale on nie miał zamiaru mi nic wyjaśniać. Zamknęłam za nami drzwi. Patrzyłam jak dziewczyna wyciąga z torby granatową sukienkę. Była piękna. Delikatnie odbijała światło, przez co mieniła się różnymi barwami i odcieniami. Powiesiła ją na jednym z wieszaków służących do ręczników. Następnie wyłowiła wysokie podobne do sukienki szpilki.
   - Przebieraj się – rozkazała.
   Stałam przez chwilę nieruchomo. Patrzyłam, jak Bona sama przebiera się w czarną koronkową sukienkę, która ledwo sięgała do połowy jej ud. Właściwie wyglądała jak druga skóra. Rzuciła mi znaczące spojrzenie, więc sama zaczęłam się przebierać. Materiał idealnie przylegał do mojego ciała. Nie musiałam się martwić, że szwy pękną przy najmniejszym ruchu. Nasunęłam na stopy sandałki i przejrzałam się w lustrze.
    - Sama to uszyłaś? – spytałam Bonawentury.
    Pokiwała w odpowiedzi głową i kazała mi się odwrócić. Wykonałam jej polecenia.
   - Jest niesamowita!
   Poczułam jak przyczepia coś na wysokości mojej kości ogonowej. Obejrzałam się przez ramie. Tuż nad moim pośladkami widniała granatowa, matowa kokardka. Po chwili ręce dziewczyny dotknęły moich pleców.
   - Co ty robisz?! – zaprotestowałam.
   - Sukienka jest bez pleców. Jesteś odsłonięta, aż po same biodra. Nie masz chyba zamiaru zepsuć tak cudownej kreacji zapięciem od biustonosza? – sarknęła.
   Usłyszałam jak odpina haftki. Zsunęłam rękawy sukienki razem z ramiączkami stanika, który spadł na podłogę. Ponownie założyłam rękawy i ponownie przejrzałam się w lustrze. Wyglądałam oszołamiająco. Upięłyśmy jeszcze moje warkoczyki na czubku głowy w kok w kształcie serca. Delikatnie podkreśliła moje rzęsy tuszem oraz usta transparentnym błyszczykiem. Natomiast sama postawiła na ciemną paletę barw.
   - Taksówka przyjechała! – krzyknął Daniel zza drzwi.
   Pierwsza wyszła Bona. Cmoknęła chłopaka w policzek i pobiegła do taksówki. Tylko krzyknęła na odchodne:
   - Do zobaczenia na miejscu. – I już jej nie było.
   Podeszłam do niego starając się zachować równowagę na niebotycznych obcasach. Podał mi rękę i ucałował w policzek.
   - Wyglądasz pięknie.
   - Dziękuję. – Przyjrzałam mu się. Miał na sobie trzyczęściowy garnitur. Pod szyją zapiętą muchę pasującą do mojego stroju. Idealnie skrojona kamizelka podkreślała jego chorobliwie szczupłą sylwetkę. Włosy zaczesał do tyłu, ukazując swoje wysokie czoło i prosty nos. – Ty też jesteś niczego sobie.


   Na miejscu było pełno ludzi poubieranych w eleganckie stroje koktajlowe. Zaczęłam się zastanawiać czy to przypadkiem nie jakiś staruszek obchodzi urodziny, a nie dwójka nastolatków. Nawet wystrój klubu  nie pasował do wytwornych gości.
   Po odśpiewaniu „Sto Lat”, złożeniu życzeń i pokrojeniu tortu wszystkie pary ruszyły na parkiet, gdzie wiły się w rytm głośnej muzyki. W samym centrum stłoczonych ciał tańczyłam razem z Danielem. Piosenki się zmieniały. Raz były żywe, przepełnione ciężkimi basami, a czasami perkusja zamieniała się miejscami z delikatnym wokalem. Chłopak trzymał ręce tam gdzie powinny być. Nie zsuwał ich ani niżej, ani wyżej. To, co działo się między nami miało zostać między nami. Byłam mu za to wdzięczna. Nie miała ochoty na pełne zainteresowania spojrzenia. Nie dziś.
   Kiedy opierałam głowę o jego pierś i sunęliśmy powoli w takt muzyki przyglądałam się ludziom dokoła nas. Długonogie rude, pulchne brunetki, wysocy blondyni. Niby każdy był inny, a wszyscy wyglądaliśmy tak samo. Za jedną z korpulentnych, ale wyglądającej na pewną siebie, dziewczyn, dostrzegłam jedną ze lśniącą czaszką. Ogolona na łyso głowa błyszczała w świetle reflektorów. Duże oczy wpatrywały się w swojego partnera. Ciało wyginało się do powolnych dźwięków, ale raczej wyglądała tak jakby słyszała swoją własną wariację znanej piosenki. Nadgarstki kręciły się nad głową mężczyzny. Prawdopodobnie to jego ręce oplatały ją w wąskiej talii. Dziewczyna przyciągnięta moim spojrzeniem, teraz sama na mnie patrzyła, tak samo jak jej partner.
   Wyglądał znajomo. Przez długą chwilę nie mogłam powiązać, niektórych faktów. A później do mnie dotarło z kim tańczyła łysa. Czyje ręce oplatały jej ciało. Tak bardzo tęskniłam za tą twarzą, która bezdusznie mnie zraniła.
   Wstrząsnął mną dreszcz przerażenia. Podniosłam głowę i spojrzałam Danielowi w oczy.
   - Musimy stąd iść, proszę. – Widocznie musiał dojrzeć strach w moich oczach i postanowił nie zadawać zbędnych pytań. Jeszcze raz spojrzałam na twarz Diabła, który już przedzierał się w naszą stronę rozpychając imprezowiczów na wszystkie strony. – Szybko.
   Chłopak ciągnął mnie do tylnego wyjścia. Cały czas miałam wrażenie, że robi to zbyt wolno, ale nie chciałam go popędzać i dodatkowo martwić. Wystarczy, że ja byłam zestresowana. Pod ciężkimi drzwiami stał ochroniarz. Nie wyglądał jakby chciał nas przepuścić, ale wystarczyło, że spojrzał na moje rozdygotane ciało i usunął się nam z drogi. Natomiast pędzącego w naszą stronę Diabła zatrzymał i nie pozwolił mu iść dalej.
   Na zewnątrz odetchnęłam głęboko chłodnym wieczornym powietrzem. Daniel przyglądał mi się wnikliwie. Poprosiłam go, byśmy udali się do domu. W milczeniu zaprowadził nas na przystanek. Autobus przyjechał niedługo potem. Mimo, że byłam pewna, że mój były nie może nas teraz dogonić moje serce nie chciało się uspokoić. Splotłam swoje palce na kolanach i wpatrywałam się w jednolity widok za oknem. Motylek okrył moje ramiona swoją marynarką. Podziękowała mu i mocno chwyciłam za rękę wiąż roztrzęsiona tą całą, acz krótką sytuacją.
   - Diabeł tu jest.


   Wysłuchał mnie w milczeniu. Przez cały ten czas nie pozwolił mi się rozpaść na kawałki. Gładził moje ramiona, ale mimo to się nie odzywał. Chciałam, żeby coś powiedział. Nieważne jak bardzo niemiłe lub nietrafne by było. Chciałam tylko wiedzieć o czym myślał. Co o tym wszystkim sądził. Ale on wciąż nic nie mówił.
   - Powiedz coś – poprosiłam, zagłębiając jednocześnie głowę w jego ramieniu. Kilka wdechów jego charakterystycznego zapachu wystarczyło by ukoić moje nerwy na tyle, by moje myśli przestała zaszywać ciężka mgła.
   - Chcesz wyjechać? – spytał. – Nie będę miał ci tego za złe, jeśli taka będzie twoja decyzja. Zrozumiem to. Możliwe, że byłoby to najlepsze wyjście. Będziesz mogła mnie przecież odwiedzać. Nie trzymam cię tu na siłę – mówił szybko i niewyraźnie. Tak samo jak za każdym razem, gdy się denerwował.
   - Ćśś. – Gładziłam ciepły policzek, by mógł ochłonąć. Wiedziałam, że był tym wszystkim tak samo zdruzgotany, jak ja, ale musieliśmy myśleć trzeźwo. – Nigdzie nie wyjeżdżam. To byłoby najgłupsze, co mogłabym teraz zrobić. Coś wymyślimy, razem. Nie chcę nigdzie jechać. A jedyną osobą, która będzie musiała opuścić to miasto będzie Diabeł, rozumiesz? – Starłam kciukiem jedną z łez powoli toczących się po jego policzku.
   - Dobrze. Coś wymyślimy. – pokiwał głową i siorbnął nosem. Uśmiechnął się niemrawo. – To dobrze.
   Przytuliłam się do niego i zostałam w takiej pozycji dopóki nie zaniósł mnie do łóżka.
   - Mimo wszystko co powiedziałem, nigdy nie pogodziłbym się z twoim odejściem – wyszeptał, gdy myślał, że śpię i go nie słyszę.
   Nic nie odpowiedziałam, tylko wtuliłam się w niego jeszcze mocniej i pozwoliłam nam obojgu odpocząć.


________
Mam zamiar dodawać dodatkowe opowiadania raz w tygodniu nie związane z Bez Tytułu. Nie wiem tylko czy zacznę je dodawać już w tę środę, czy dopiero w następną. Mam nadzieję, że rozdziały się podobają, a historia jeszcze nikogo nie zawiodła.
Przepraszam za wszelkie błędy w tym i wcześniejszych rozdziałach, staram się je wszystkie wyłapywać, ale i tak całe mnóstwo przede mną ucieka.
xoxo julia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WS.