28 lipca, wtorek
Wstałam jeszcze
przed Danielem. Po porannej toalecie nastawiłam wodę na herbatę dla siebie i kawę dla Motylka. Podczas, gdy
woda w czajniku powoli zaczynała bulgotać, przygotowałam niewielką ilość
naleśników. Słodki zapach śniadania musiał mimo wszystko obudzić chłopaka,
który stał w kuchennych drzwiach i przyglądał mi się, jak spokojnie popijam
ciepłą herbatę. Wyciągnęłam kubek z kawą w jego stronę. Uśmiechnął się do mnie
z wdzięcznością. Chwytając ostrożnie za ucho, przeczesał rozczochrane włosy.
Dał mi ledwo odczuwalnego całusa w policzek i pogładził po plecach. Spojrzałam
wymownie w stronę stygnących naleśników. Udał, że nie widział mojego wzroku.
- Gotowa na
dzisiejszą imprezę? – zapytał.
- Jaką imprezę? –
odparłam zdziwiona. Nic mi nie wiadomo o żadnej imprezie.
- Marcepan i Max mają dziś urodziny. Z tej okazji, jak co roku zresztą, ich rodzice pozwalają im robić imprezę w jednym z klubów, w których często gramy – wyjaśnił.
- Marcepan i Max mają dziś urodziny. Z tej okazji, jak co roku zresztą, ich rodzice pozwalają im robić imprezę w jednym z klubów, w których często gramy – wyjaśnił.
Pokiwałam głową i
wyszłam z pomieszczenia. Słyszałam, jak kroczył za mną.
- Bądź gotowa na dziewiętnastą
– poinformował mnie. Chwycił za jedną z leżących na krześle bluz, po czym
skierował się do przedpokoju, gdzie założył buty.
- Wychodzisz
gdzieś?
- Wrócę przed
naszym wyjściem, spokojnie – uśmiechnął się. – Dasz sobie radę?
- Tak – powiedziałam
starając się przekonać bardziej siebie niż jego.
Przytulił mnie i
ucałował linię moich włosów.
- Niedługo wrócę.
Przez pierwszą
godzinę znajdywałam sobie zajęcia bez problemów. Pozmywałam naczynia,
poskładałam ubrania, posegregowałam wszelkie płyty, książki i filmy w całym
domu. Ale gdy w każdym kącie zaświtał porządek nie miałam,, co robić. Dla
zapełnienia swojego wolnego czasu włączyłam telewizor. Skakałam po kanałach bez
problemu do momentu, gdy mój telefon znowu zadzwonił. Na wyświetlaczu ponownie
pokazał numer Diabła. Wzięłam głęboki oddech i wyciszyłam telewizor. Starałam
się unormować bicie serca, które tylko na samo wspomnienie mężczyzny zaczynało
tłuc się w piersi jak szalone. Wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Słucham? –
spytałam niepewnie.
- Inko? Gdzie
jesteś? Jadę po ciebie. Gdzie jesteś? – jego władczy ton przyprawił mnie o
przyjemne dreszcze. Najchętniej wsiadłabym w pociąg powrotny i wpadła z
powrotem w jego łaski, ale musiałam być twarda.
- To nie jest już
twoja sprawa, Diable – odparłam chłodno.
- Nie tym tonem,
mała – warknął do słuchawki.
- Nie tym tonem?
Nie tym tonem?! Więc jak mam się do ciebie zwracać?! Wyrwałeś mi kolczyk z ucha!
Uderzyłeś mnie, rozumiesz? Uderzyłeś! A obiecałeś, że nigdy mi tego nie zrobisz,
nieważne, co by się nie działo. Złamałeś najważniejszą obietnicę. Nie mam
zamiaru zwracać się do ciebie w żaden inny sposób. Jesteś tylko potworem! – Mój
głos wspinał się po szczeblach decybeli coraz wyżej i wyżej. Mój krzyk brzmiał
jak histeryczny pisk. Nie byłam tym zaskoczona. W końcu całe moje wnętrze krzyczało.
- Zadałem ci
pytanie, czekam na odpowiedź – mówił jakby moje słowa nie dotknęły go ani
trochę.
- U mojego
przyjaciela w Warszawie i zostanę u niego tak długo, jak tylko będę chciała, więc
możesz przestać wydzwaniać.
- Jadę po ciebie –
poinformował.
- Nawet nie próbuj!
- Znajdę cię –
rzekł, rozłączając się.
Wpatrywałam się w
ekran nie mogąc uwierzyć w to, co się przed chwilą wydarzyło. Niemożliwe, żeby
Diabeł tu przyjechał. Nawet jeśli to Warszawa jest bardzo dużym miastem i
prawdopodobieństwo, że mnie znajdzie było bardzo małe. Ale to był Diabeł, a
jeżeli coś sobie postanowił to niezłomnie dążył do celu.
Denerwowałam się.
Wróciłam do swojego starego nawyku, który zwalczyłam lata temu. Niczemu
niewinny paznokieć znalazł się między moimi zębami. Przegryzałam jego cienką i
słabą końcówkę. Zastanawiałam się kiedy Daniel wróci. I gdzie on w ogóle
poszedł? Dochodziło dopiero południe. Jeżeli Diabeł mówił prawdę i miał zamiar
się tu pojawić, to droga zajmie mu niecałe trzy godziny. Nie chciałam go
widzieć. Nie byłam na to gotowa. Nie chciałam nawet tej krótkiej rozmowy.
A mimo to
odebrałaś, upomniałam siebie w duchu.
Po kilku godzinach
rozmyślania i wpatrywania się w telewizor, zamek w drzwiach frontowych zgrzytną.
Wychyliłam głowę za oparcie kanapy, by spojrzeć kto przyszedł. Pierwszą
zobaczyłam Bonawenturę z dużą torbą w ręce, za nią stał Daniel i cały czas się
uśmiechał.
- I jak było? –
spytał podchodząc do mnie i składając na moich ustach delikatny pocałunek.
- Okropnie.
Zastanawiałam się
czy powiedzieć mu o telefonie Diabła. Powinnam to zrobić, ale nie teraz. Nie
przy Bonie.
- Chodź, idziemy
cię wyszykować – powiedziała dziewczyna kierując się do łazienki.
Zdziwiona
spojrzałam wyczekująco na Motylka, ale on nie miał zamiaru mi nic wyjaśniać.
Zamknęłam za nami drzwi. Patrzyłam jak dziewczyna wyciąga z torby granatową
sukienkę. Była piękna. Delikatnie odbijała światło, przez co mieniła się
różnymi barwami i odcieniami. Powiesiła ją na jednym z wieszaków służących do
ręczników. Następnie wyłowiła wysokie podobne do sukienki szpilki.
- Przebieraj się –
rozkazała.
Stałam przez chwilę
nieruchomo. Patrzyłam, jak Bona sama przebiera się w czarną koronkową sukienkę,
która ledwo sięgała do połowy jej ud. Właściwie wyglądała jak druga skóra.
Rzuciła mi znaczące spojrzenie, więc sama zaczęłam się przebierać. Materiał
idealnie przylegał do mojego ciała. Nie musiałam się martwić, że szwy pękną
przy najmniejszym ruchu. Nasunęłam na stopy sandałki i przejrzałam się w
lustrze.
- Sama to uszyłaś?
– spytałam Bonawentury.
Pokiwała w
odpowiedzi głową i kazała mi się odwrócić. Wykonałam jej polecenia.
- Jest niesamowita!
Poczułam jak
przyczepia coś na wysokości mojej kości ogonowej. Obejrzałam się przez ramie.
Tuż nad moim pośladkami widniała granatowa, matowa kokardka. Po chwili ręce
dziewczyny dotknęły moich pleców.
- Co ty robisz?! –
zaprotestowałam.
- Sukienka jest bez
pleców. Jesteś odsłonięta, aż po same biodra. Nie masz chyba zamiaru zepsuć tak
cudownej kreacji zapięciem od biustonosza? – sarknęła.
Usłyszałam jak
odpina haftki. Zsunęłam rękawy sukienki razem z ramiączkami stanika, który
spadł na podłogę. Ponownie założyłam rękawy i ponownie przejrzałam się w
lustrze. Wyglądałam oszołamiająco. Upięłyśmy jeszcze moje warkoczyki na czubku
głowy w kok w kształcie serca. Delikatnie podkreśliła moje rzęsy tuszem oraz
usta transparentnym błyszczykiem. Natomiast sama postawiła na ciemną paletę
barw.
- Taksówka
przyjechała! – krzyknął Daniel zza drzwi.
Pierwsza wyszła
Bona. Cmoknęła chłopaka w policzek i pobiegła do taksówki. Tylko krzyknęła na
odchodne:
- Do zobaczenia na
miejscu. – I już jej nie było.
Podeszłam do niego
starając się zachować równowagę na niebotycznych obcasach. Podał mi rękę i
ucałował w policzek.
- Wyglądasz
pięknie.
- Dziękuję. –
Przyjrzałam mu się. Miał na sobie trzyczęściowy garnitur. Pod szyją zapiętą
muchę pasującą do mojego stroju. Idealnie skrojona kamizelka podkreślała jego
chorobliwie szczupłą sylwetkę. Włosy zaczesał do tyłu, ukazując swoje wysokie
czoło i prosty nos. – Ty też jesteś niczego sobie.
Na miejscu było
pełno ludzi poubieranych w eleganckie stroje koktajlowe. Zaczęłam się zastanawiać
czy to przypadkiem nie jakiś staruszek obchodzi urodziny, a nie dwójka
nastolatków. Nawet wystrój klubu nie
pasował do wytwornych gości.
Po odśpiewaniu „Sto
Lat”, złożeniu życzeń i pokrojeniu tortu wszystkie pary ruszyły na parkiet,
gdzie wiły się w rytm głośnej muzyki. W samym centrum stłoczonych ciał
tańczyłam razem z Danielem. Piosenki się zmieniały. Raz były żywe, przepełnione
ciężkimi basami, a czasami perkusja zamieniała się miejscami z delikatnym
wokalem. Chłopak trzymał ręce tam gdzie powinny być. Nie zsuwał ich ani niżej,
ani wyżej. To, co działo się między nami miało zostać między nami. Byłam mu za
to wdzięczna. Nie miała ochoty na pełne zainteresowania spojrzenia. Nie dziś.
Kiedy opierałam
głowę o jego pierś i sunęliśmy powoli w takt muzyki przyglądałam się ludziom
dokoła nas. Długonogie rude, pulchne brunetki, wysocy blondyni. Niby każdy był
inny, a wszyscy wyglądaliśmy tak samo. Za jedną z korpulentnych, ale
wyglądającej na pewną siebie, dziewczyn, dostrzegłam jedną ze lśniącą czaszką.
Ogolona na łyso głowa błyszczała w świetle reflektorów. Duże oczy wpatrywały
się w swojego partnera. Ciało wyginało się do powolnych dźwięków, ale raczej
wyglądała tak jakby słyszała swoją własną wariację znanej piosenki. Nadgarstki
kręciły się nad głową mężczyzny. Prawdopodobnie to jego ręce oplatały ją w
wąskiej talii. Dziewczyna przyciągnięta moim spojrzeniem, teraz sama na mnie
patrzyła, tak samo jak jej partner.
Wyglądał znajomo.
Przez długą chwilę nie mogłam powiązać, niektórych faktów. A później do mnie
dotarło z kim tańczyła łysa. Czyje ręce oplatały jej ciało. Tak bardzo
tęskniłam za tą twarzą, która bezdusznie mnie zraniła.
Wstrząsnął mną
dreszcz przerażenia. Podniosłam głowę i spojrzałam Danielowi w oczy.
- Musimy stąd iść,
proszę. – Widocznie musiał dojrzeć strach w moich oczach i postanowił nie
zadawać zbędnych pytań. Jeszcze raz spojrzałam na twarz Diabła, który już przedzierał się w naszą stronę rozpychając imprezowiczów na wszystkie strony. –
Szybko.
Chłopak ciągnął
mnie do tylnego wyjścia. Cały czas miałam wrażenie, że robi to zbyt wolno, ale
nie chciałam go popędzać i dodatkowo martwić. Wystarczy, że ja byłam
zestresowana. Pod ciężkimi drzwiami stał ochroniarz. Nie wyglądał jakby chciał
nas przepuścić, ale wystarczyło, że spojrzał na moje rozdygotane ciało i usunął
się nam z drogi. Natomiast pędzącego w naszą stronę Diabła zatrzymał i nie
pozwolił mu iść dalej.
Na zewnątrz
odetchnęłam głęboko chłodnym wieczornym powietrzem. Daniel przyglądał mi się
wnikliwie. Poprosiłam go, byśmy udali się do domu. W milczeniu zaprowadził nas
na przystanek. Autobus przyjechał niedługo potem. Mimo, że byłam pewna, że mój
były nie może nas teraz dogonić moje serce nie chciało się uspokoić. Splotłam
swoje palce na kolanach i wpatrywałam się w jednolity widok za oknem. Motylek
okrył moje ramiona swoją marynarką. Podziękowała mu i mocno chwyciłam za rękę
wiąż roztrzęsiona tą całą, acz krótką sytuacją.
- Diabeł tu jest.
Wysłuchał mnie w
milczeniu. Przez cały ten czas nie pozwolił mi się rozpaść na kawałki. Gładził
moje ramiona, ale mimo to się nie odzywał. Chciałam, żeby coś powiedział.
Nieważne jak bardzo niemiłe lub nietrafne by było. Chciałam tylko wiedzieć o
czym myślał. Co o tym wszystkim sądził. Ale on wciąż nic nie mówił.
- Powiedz coś –
poprosiłam, zagłębiając jednocześnie głowę w jego ramieniu. Kilka wdechów jego
charakterystycznego zapachu wystarczyło by ukoić moje nerwy na tyle, by moje
myśli przestała zaszywać ciężka mgła.
- Chcesz wyjechać?
– spytał. – Nie będę miał ci tego za złe, jeśli taka będzie twoja decyzja.
Zrozumiem to. Możliwe, że byłoby to najlepsze wyjście. Będziesz mogła mnie
przecież odwiedzać. Nie trzymam cię tu na siłę – mówił szybko i niewyraźnie.
Tak samo jak za każdym razem, gdy się denerwował.
- Ćśś. – Gładziłam
ciepły policzek, by mógł ochłonąć. Wiedziałam, że był tym wszystkim tak samo
zdruzgotany, jak ja, ale musieliśmy myśleć trzeźwo. – Nigdzie nie wyjeżdżam. To
byłoby najgłupsze, co mogłabym teraz zrobić. Coś wymyślimy, razem. Nie chcę
nigdzie jechać. A jedyną osobą, która będzie musiała opuścić to miasto będzie
Diabeł, rozumiesz? – Starłam kciukiem jedną z łez powoli toczących się po jego
policzku.
- Dobrze. Coś
wymyślimy. – pokiwał głową i siorbnął nosem. Uśmiechnął się niemrawo. – To
dobrze.
Przytuliłam się do
niego i zostałam w takiej pozycji dopóki nie zaniósł mnie do łóżka.
- Mimo wszystko co
powiedziałem, nigdy nie pogodziłbym się z twoim odejściem – wyszeptał, gdy
myślał, że śpię i go nie słyszę.
Nic nie
odpowiedziałam, tylko wtuliłam się w niego jeszcze mocniej i pozwoliłam nam
obojgu odpocząć.
________
Mam zamiar dodawać dodatkowe opowiadania raz w tygodniu nie związane z Bez Tytułu. Nie wiem tylko czy zacznę je dodawać już w tę środę, czy dopiero w następną. Mam nadzieję, że rozdziały się podobają, a historia jeszcze nikogo nie zawiodła.
Przepraszam za wszelkie błędy w tym i wcześniejszych rozdziałach, staram się je wszystkie wyłapywać, ale i tak całe mnóstwo przede mną ucieka.
xoxo julia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz