Dostałam zadanie. Miałam napisać na temat czegoś, czego znieść nie mogę. Padło na sernik, ale to nie byle jaki sernik! A na sernik rodzynkowy. Nie znosimy siebie nawzajem od zawsze i jeszcze dłużej. A na dodatek każdy akapit zaczyna się kolejną literą z tytułu, to tak żebym miała przyjemniejsze wspomnienia związane z sernikiem.
Sernik z Rodzynkami
Są
rzeczy, które wpływają na naszą egzystencję bez naszej zgody. Są to na przykład
raczkujące dzieci, wredny sąsiad czy jak w moim przypadku – znienawidzone
ciasto. Nawet najbanalniejsza rzecz może ograniczyć podejmowane przez nas decyzje
i manipulować do nieprzemyślanego działania.
Entuzjastycznie
nie cierpiałam sernika z rodzynkami odkąd tylko sięgam pamięcią, a zapewniam,
że pamięć mam dobrą. Wszystko w nim przyprawiało mnie o mdłości. Gryzące się
sylaby, ostre „r”, ale najbardziej ohydne są rodzynki drapiące w podniebienie,
nie tylko przy wymowie z resztą. Ale unikanie go pomimo dręczących mnie
odruchów wymiotnych było prawie niemożliwe, gdyż w rodzinie zjednał sobie wielu
fanów. Kochającego ojca, matkę, dwóch braci, a z czasem i przyszłego męża. Więc
podczas każdego mniejszego święta musiałam się wysilać na udawane uśmiechy, by
co pół godziny odwiedzać łazienkę i tłumaczyć się przeziębionym pęcherzem.
Rok
po śmierci dziadków, jako najukochańsza i ewidentnie faworyzowana wnuczka, odziedziczyłam
kawiarenkę, która słynęła z najlepszego sernika z rodzynkami. Nawet dostałam
tajemny przepis przekazywany, co dwa pokolenia. W taki sposób zostałam zmuszona
do regularnego pieczenia sernika wraz ze stałymi pracownikami. Zarówno, jak do
brania udziału w corocznym konkursie na najlepszy sernik z rodzynkami. O dziwo
zawsze zajmowałam pierwsze miejsce. Oczywiście sernik jest ciastem, który
wychodzi mi najlepiej
Na
sześć miesięcy przed moimi trzydziestymi urodzinami poznałam swojego przyszłego
męża, który podobno pała do mnie najszczerszą miłością. A raczej do mojego
sernika. Więc po raz kolejny zostałam zmuszona do znoszenia sernika częściej
niż miałam na to ochotę.
Irytacja
własna sięgnęła zenitu, kiedy trójka moich dzieci również nie mogła żyć bez
wspomnianego wyżej ciasta. Przez pierwsze lata ich edukacji musiałam latać do
przedszkola na wszelkie wieczorki z rodzicami z wielką blachą sernika, co
przysporzyło tylko coraz więcej zleceń dla cukierni. Ludzie już po jednym
kawałku pragnęli coraz więcej i więcej.
Kolejnym
krokiem w moim życiu było zaadoptowanie kremowej suczki labradora ze
schroniska. Oczywiście pod namową rodziny. Pies zawdzięczał swoje imię grudzie
błota na grzbiecie, która nie schodziła nawet po najbrutalniejszych kąpielach,
a kształtem przywodziła na myśl nic innego, jak rodzynkę. Rodzynka z czasem
zaczęła z przyjemnością podjadać rodzynki namiętnie wyrzucane z ciasta przez
trojaczki.
Zaczynałam
rozumieć, że sernik na zawsze zostanie moim prześladowcą, ale mimo to chciałam
spróbować się od niego uwolnić. Zaprzestałam więc pieczenia sernika. Pierwszy
tydzień po rozpoczęciu akcji przebiegł bardzo spokojnie, wręcz nie mogłam
uwierzyć, że to takie proste.
Ruch
opozycyjny zaczął się tak naprawdę dopiero w drugim lub trzecim tygodniu mojego
protestu. Dzieci zaczęły coraz częściej zamykać się w pokojach, co tłumaczyłam
sobie przedwczesnym dojrzewaniem, choć było na to zdecydowanie za wcześnie. W
końcu niektóre ośmiolatki nie wyszły jeszcze z piaskownicy. Osowiały pies
zapadł na jakąś nieznaną żadnemu weterynarzowi chorobę, co tylko nakręciło
burkające dzieci do trzaskania drzwiami. Ale najgorsze było wciąż przede mną.
Od
kiedy przestałam mieć cokolwiek do czynienia z sernikiem minęło półtorej
miesiąca. Wytrwale brnęłam przed siebie, nie zwracając uwagi na ponurą aurę
wiszącą nad naszym domem, dopóki w skrzynce na listy nie znalazłam pozwu
rozwodowego. Wtedy do mnie dotarło, że brak sernika psuje moją rodzinę.
Dokładnie
tego samego dnia pojechałam na zakupy, z których wróciłam z taką ilością składników
na ciasto, że ledwie mieściły się w spiżarni. Od razu przystąpiłam do działania
i przewiązałam pasie fartuch z napisem „Królowa Sernika” jaki dostałam na
święta.
Zupełnie
wszystko wróciło do normy. Pies wyzdrowiał, dzieci z powrotem wchodziły mi na
głowę z każdą najmniejszą pierdołą, a mąż jakby w ogóle nie pamiętał, że chciał
rozwodu.
-
Yacht club? – powtórzyłam zdziwiona za sekretarką.
Nigdy
nie przypuszczałam, że mój sernik stanie się na tyle sławny, by jakiś luksusowy
yacht club dla bogaczy złożył ogromne zamówienie w mojej kawiarence z okazji
krajowego zjazdu fanów yachtingu.
Kompletnie
wniebowzięta cieszyłam się z własnego sukcesu, nie zwracając już uwagi na to,
że to wina bądź zasługa przeklętego sernika. Całymi dniami przygotowywałam się
do owego zjazdu. Nawet postanowiłam osobiście dowieźć zamówienie na miejsce.
Niestety radość z sernikowego sukcesu i ostatecznego pogodzenia się z ciastem
niemal wpędziła mnie do grobu.
Autostradą
gnałam nie tylko ja, ale również jakiś niedzielny kierowca, który zajechał mi
drogę. Przez co dalej gnałam autostradą. Tyle że w drugą stronę i to karetką w
eskorcie policji. Podobno podczas wypadku kawałek ozdobnej patery z ciastem
wbił się w jakiś ważny odcinek mojego kręgosłupa i spowodował nieodwracalny
paraliż całego ciała.
Mój
kochany mąż wraz z dziećmi i rodzicami, odwiedzają mnie teraz codziennie.
Czytają gazety lub fragmenty książek. Pokazują rysunki wykonane w szkole czy
też zdjęcia z wakacji nad morzem. Czasami udaje się im nawet przekonać
pielęgniarki do wpuszczenia Rodzynki – labradora z grudą błota – na oddział.
A
najważniejsze w tym wszystkim jest, że sernik, który przynoszą mi codziennie
zaczyna mi nawet smakować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz