środa, 23 grudnia 2015

+ Bonus +

bonus pisany do: ---, ---, ---


Dostałam zadanie. Miałam napisać na temat czegoś, czego znieść nie mogę. Padło na sernik, ale to nie byle jaki sernik! A na sernik rodzynkowy. Nie znosimy siebie nawzajem od zawsze i jeszcze dłużej. A na dodatek każdy akapit zaczyna się kolejną literą z tytułu, to tak żebym miała przyjemniejsze wspomnienia związane z sernikiem.

Sernik z Rodzynkami


Są rzeczy, które wpływają na naszą egzystencję bez naszej zgody. Są to na przykład raczkujące dzieci, wredny sąsiad czy jak w moim przypadku – znienawidzone ciasto. Nawet najbanalniejsza rzecz może ograniczyć podejmowane przez nas decyzje i manipulować do nieprzemyślanego działania.
Entuzjastycznie nie cierpiałam sernika z rodzynkami odkąd tylko sięgam pamięcią, a zapewniam, że pamięć mam dobrą. Wszystko w nim przyprawiało mnie o mdłości. Gryzące się sylaby, ostre „r”, ale najbardziej ohydne są rodzynki drapiące w podniebienie, nie tylko przy wymowie z resztą. Ale unikanie go pomimo dręczących mnie odruchów wymiotnych było prawie niemożliwe, gdyż w rodzinie zjednał sobie wielu fanów. Kochającego ojca, matkę, dwóch braci, a z czasem i przyszłego męża. Więc podczas każdego mniejszego święta musiałam się wysilać na udawane uśmiechy, by co pół godziny odwiedzać łazienkę i tłumaczyć się przeziębionym pęcherzem.
Rok po śmierci dziadków, jako najukochańsza i ewidentnie faworyzowana wnuczka, odziedziczyłam kawiarenkę, która słynęła z najlepszego sernika z rodzynkami. Nawet dostałam tajemny przepis przekazywany, co dwa pokolenia. W taki sposób zostałam zmuszona do regularnego pieczenia sernika wraz ze stałymi pracownikami. Zarówno, jak do brania udziału w corocznym konkursie na najlepszy sernik z rodzynkami. O dziwo zawsze zajmowałam pierwsze miejsce. Oczywiście sernik jest ciastem, który wychodzi mi najlepiej
Na sześć miesięcy przed moimi trzydziestymi urodzinami poznałam swojego przyszłego męża, który podobno pała do mnie najszczerszą miłością. A raczej do mojego sernika. Więc po raz kolejny zostałam zmuszona do znoszenia sernika częściej niż miałam na to ochotę.
Irytacja własna sięgnęła zenitu, kiedy trójka moich dzieci również nie mogła żyć bez wspomnianego wyżej ciasta. Przez pierwsze lata ich edukacji musiałam latać do przedszkola na wszelkie wieczorki z rodzicami z wielką blachą sernika, co przysporzyło tylko coraz więcej zleceń dla cukierni. Ludzie już po jednym kawałku pragnęli coraz więcej i więcej.
Kolejnym krokiem w moim życiu było zaadoptowanie kremowej suczki labradora ze schroniska. Oczywiście pod namową rodziny. Pies zawdzięczał swoje imię grudzie błota na grzbiecie, która nie schodziła nawet po najbrutalniejszych kąpielach, a kształtem przywodziła na myśl nic innego, jak rodzynkę. Rodzynka z czasem zaczęła z przyjemnością podjadać rodzynki namiętnie wyrzucane z ciasta przez trojaczki.
Zaczynałam rozumieć, że sernik na zawsze zostanie moim prześladowcą, ale mimo to chciałam spróbować się od niego uwolnić. Zaprzestałam więc pieczenia sernika. Pierwszy tydzień po rozpoczęciu akcji przebiegł bardzo spokojnie, wręcz nie mogłam uwierzyć, że to takie proste.
Ruch opozycyjny zaczął się tak naprawdę dopiero w drugim lub trzecim tygodniu mojego protestu. Dzieci zaczęły coraz częściej zamykać się w pokojach, co tłumaczyłam sobie przedwczesnym dojrzewaniem, choć było na to zdecydowanie za wcześnie. W końcu niektóre ośmiolatki nie wyszły jeszcze z piaskownicy. Osowiały pies zapadł na jakąś nieznaną żadnemu weterynarzowi chorobę, co tylko nakręciło burkające dzieci do trzaskania drzwiami. Ale najgorsze było wciąż przede mną.
Od kiedy przestałam mieć cokolwiek do czynienia z sernikiem minęło półtorej miesiąca. Wytrwale brnęłam przed siebie, nie zwracając uwagi na ponurą aurę wiszącą nad naszym domem, dopóki w skrzynce na listy nie znalazłam pozwu rozwodowego. Wtedy do mnie dotarło, że brak sernika psuje moją rodzinę.
Dokładnie tego samego dnia pojechałam na zakupy, z których wróciłam z taką ilością składników na ciasto, że ledwie mieściły się w spiżarni. Od razu przystąpiłam do działania i przewiązałam pasie fartuch z napisem „Królowa Sernika” jaki dostałam na święta.
Zupełnie wszystko wróciło do normy. Pies wyzdrowiał, dzieci z powrotem wchodziły mi na głowę z każdą najmniejszą pierdołą, a mąż jakby w ogóle nie pamiętał, że chciał rozwodu.
- Yacht club? – powtórzyłam zdziwiona za sekretarką.
Nigdy nie przypuszczałam, że mój sernik stanie się na tyle sławny, by jakiś luksusowy yacht club dla bogaczy złożył ogromne zamówienie w mojej kawiarence z okazji krajowego zjazdu fanów yachtingu.
Kompletnie wniebowzięta cieszyłam się z własnego sukcesu, nie zwracając już uwagi na to, że to wina bądź zasługa przeklętego sernika. Całymi dniami przygotowywałam się do owego zjazdu. Nawet postanowiłam osobiście dowieźć zamówienie na miejsce. Niestety radość z sernikowego sukcesu i ostatecznego pogodzenia się z ciastem niemal wpędziła mnie do grobu.
Autostradą gnałam nie tylko ja, ale również jakiś niedzielny kierowca, który zajechał mi drogę. Przez co dalej gnałam autostradą. Tyle że w drugą stronę i to karetką w eskorcie policji. Podobno podczas wypadku kawałek ozdobnej patery z ciastem wbił się w jakiś ważny odcinek mojego kręgosłupa i spowodował nieodwracalny paraliż całego ciała.
Mój kochany mąż wraz z dziećmi i rodzicami, odwiedzają mnie teraz codziennie. Czytają gazety lub fragmenty książek. Pokazują rysunki wykonane w szkole czy też zdjęcia z wakacji nad morzem. Czasami udaje się im nawet przekonać pielęgniarki do wpuszczenia Rodzynki – labradora z grudą błota – na oddział.

A najważniejsze w tym wszystkim jest, że sernik, który przynoszą mi codziennie zaczyna mi nawet smakować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WS.