poniedziałek, 6 lipca 2015

~ 09 ~

Rozdział pisany do: ---, ---, ---

   Kończyłam jeść kolejną babeczkę, gdy zadzwonił mój telefon. Spojrzałam na mały ekranik. Numer nieznany. Znowu. Odebrałam po chwili wahania, która nie umknęło uwadze Daniela.
   - Halo? – odezwałam się pierwsza.
   - Bambina! Jak dobrze cię słyszeć – powiedział znajomy głos.
   - Gość od tatuażu? – spytałam ostrożnie.
   Milczał chwilę, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią. Widocznie nawet on nie był pewny swoich danych osobowych.
   - Dante z Morfiny czyli gość od tatuażu – zgodził się w końcu.
   - Po co dzwonisz? Jakiś konkretny powód?
   - Nie dziwisz się kim jestem?
   - Od dawna podejrzewałam, że jesteś tym legendarnym Dantem – mruknęłam, a Daniel rozpoczął przyglądać mi się wnikliwie.
   Mężczyzna zaśmiał się radośnie.
   - Oh, Bambina.
   - Czemu dzwonisz? – powtórzyłam.
   - Chciałem się zapytać, jak kolczyk i poinformować, że wzór już jest gotowy. Kiedy przyjdziesz zrobić kontur lub kazać zrobić szkic od nowa?
   Zamyśliłam się.
   - Kolczyka… już nie ma i aktualnie mnie też nie. Nie mam jak w najbliższym czasie przyjść. Nie ma mnie w mieście.
   - Jak to go nie ma? – nie krył zdziwienia w swoim głosie.
   - Został wyrwany – mruknęłam niechętnie.
   - Miałaś się więcej do niego nie zbliżać!
   - Ja do niego nie lazłam! – broniłam się. – Diabeł sam do mnie przyszedł. Jakoś dowiedział się, że byłam u ciebie i się… zezłościł. Ale i tak nie miałam zamiaru dotrzymać słowa. Jest przecież moim chłopakiem.
   - Jest czy był?
   - Był. – Zagryzłam boleśnie dolną wargę.
   - Czy Diabeł… Czy on… Czy ten potwór cię uderzył? – wahał się przed zadaniem pytania.
   Nie musiałam odpowiadać.
   - Bambina, gdzie jesteś?
   - W Warszawie, u kolegi – uśmiechnęłam się do Daniela.
   - Nie boisz się, że Diabeł będzie próbował cię znaleźć?
   - Nie, nie odzywał się do mnie odkąd to się stało, a ja dobitnie mu powiedziałam, żeby się do mnie nie zbliżał.
   - To dobrze. Zadzwoń jak znajdziesz czas na zrobienie konturu lub będziesz czegoś potrzebować.
   - Zadzwonię. – Już miałam się rozłączyć, kiedy coś sobie uświadomiłam. – Czekaj! Skąd znasz mój numer?
   - Bambina – zaczął, a ja słyszałam uśmiech w jego głosie. – Byłem dealerem – roześmiał się w głos i zakończył rozmowę.
   Patrzyłam zdezorientowana na ekran komórki, który po chwili ponownie rozbłysł informacją o kolejnym połączeniu.
   - Jeszcze jedno, Bambino. Nie daj sobie zrobić krzywdy.
   - Spokojnie, mam tu kogoś kto będzie mnie bronił.
   Patrzyłam na pąsowiejącego Daniela jednocześnie wciskając czerwoną słuchawkę.
                                       

   - Kto to był? – zapytał niepewnie.
   - Dante. Powiedział, że wzór mojego tatuażu jest gotowy – oświadczyłam radośnie.
   - Chciałaś sobie zrobić tatuaż?! – Zdziwienie i dezorientacja nie mieściły się w jego oczach.
   - No tak.
   - Ale ty masz dopiero piętnaście lat! Nie będziesz żałowała?
   - Już jeden mam. – Wstałam i odwróciłam się do niego plecami. Podwinęłam swoją koszulkę by mógł ujrzeć mojego smoka. I zapięcie stanika. Usłyszałam jak ciężko przełknął ślinę. Praktycznie czułam, jak wzrok Motylka błądzi po mich plecach. Zagłębieniu między łopatkami. Linii ogona ginącej pod krawędzią spodni i jeszcze niżej. Błądził w okolicach moich bioder, by po chwili wrócić do pyska na karku. Lekko odwróciłam głowę i przyłapałam go na intensywnym wpatrywaniu się w haftki biustonosza. Opuściłam koszulkę spokojnie. Wolno. Poprawiłam dekolt. – A ten tatuaż przypominałby mi o kimś ważnym – usiadłam z powrotem na kanapie.
   Oczy chłopaka wciąż błyszczały po moim małym pokazie, by po chwili spochmurnieć.
   - O kimś kto ma tatuaż w tym samym miejscu i jest cholernie nieśmiałym anorektykiem z ładnie pachnącym pokojem – ciągnęłam podziwiając jego reakcję.
   Pewnego rodzaju szczęście odbijało się w wyrazie jego twarzy. Po raz kolejny tego dnia złapał mnie za ręce.
   - Ale pewnie nie masz pozwolenia?
   - To nie jest akurat ważne. Nawet jeśli wystarczy trochę potruć matce głowę, a się zgodzi. Tak było ze smokiem. Nawet sama dała mi pieniądze i umówiła wizytę. Mimo wszystko Dante nie potrzebuje tego głupiego skrawka papieru. W końcu się zgodził zrobić mi Christinę.
   - Chciałaś sobie… Christinę… - jąkał się i czerwienił coraz bardziej.
   - Tak, ale strach mnie obleciał i skończyłam z helixem. Którego już nie ma – mruknęłam z przekąsem.
   - Ale dlaczego chciałaś… - dalej nie był w stanie złożyć całego zdania.
   - Już ty wiesz czemu – spojrzałam na niego znacząco. – Tak żeby, co poniektórzy mogli sobie popatrzeć. – Zobaczyłam, jak jego dolna warga zaczęła drżeć. – To był żart – dodałam.
   Dla podkreślenia swoich słów zaśmiałam się niepewnie. Usiadłam z powrotem na miękkiej kanapie. Przyglądałam się jak Daniel wstaje ze swojego fotela i klęka przede mną. W odpowiedzi dotknął mojej nogi swoimi długimi, chudymi palcami. Sunął nimi coraz wyżej. Powoli. Niespiesznie.
   Wyszeptałam cicho jego imię. Podniósł na mnie swój wzrok. Znacząco spojrzałam na siedzącą przy maszynie dziewczynę.
   - Spokojnie, jest pogrążona we własnym świecie.
   Sunął dłonią dalej. Do mojego biodra. Tam jego ręka się zatrzymała, a palce zaplotły się o szlufkę spodni.
   - To chyba nie jest najodpowiedniejsze miejsce – powiedziałam, tłumiąc ciche westchnienie. Zobaczyłam jak końcówki jego uszu zaczęły się różowić. Mimo to nie odsunął swojej ręki. Zamiast tego wymruczał w moje nogi:
   - Chcesz nauczyć się grać na pianinie?
   Po chwili zastanowienia zgodziłam się. Kiedy wstał, złapał mnie za rękę i zaprowadził do pianina oraz stojącej przed nim ławy.
   Odsunął ją, po czym sam na niej usiadł. Poklepał swoje udo, zachęcając mnie bym usiadła mu na kolanach. Domyślałam się ile odwagi kosztował go ten gest, a także miałam świadomość, że nie miał złych zamiarów. Starałam się spocząć na jego nogach delikatnie, by nie wydać mu się zbyt ciężką.
   - Mam nadzieję, że nie ważę zbyt wiele, panie chudzielcu.
   - Wręcz przeciwnie. Jesteś lżejsza niż myślałem. Chyba nawet przerzucę się na jakąś brutalniejszą dietę – zażartował.
   - To ja chyba postoję… - zaczęłam wstawać.
   - Nie! – Złapał mnie rozpaczliwie w talii i przyciągnął z powrotem do siebie. – Nie – powtórzył delikatnie, tuż przy moim uchu.
   Położył swoje dłonie na moich,  oparł brodę na moim ramieniu i zaczął tłumaczyć.


   Po godzinie byłam w stanie samodzielnie zagrać gamę. Bonawentura nam nie przeszkadzała, tylko od czasu do czasu wstawała by zmienić płytę w odtwarzaczu. Nie dogryzała nam ani nie robiła niczego podobnego. Śmiałam nawet odnieść wrażenie, że cieszyła się naszą obecnością.
   W momencie, w którym wciskałam z dumą ostatni klawisz pod bacznym, aczkolwiek cierpliwym spojrzeniem Daniela, masywne drzwi się otworzyły. Do pomieszczenia wtargnęło dwóch chłopaków. Jeden wyglądał nawet na mojego rówieśnika, natomiast drugi musiał być ode mnie zdecydowanie starszy. Cały czas się przepychali i śmiali, dopóki nie zobaczyli mnie siedzącej na kolanach Daniela. Najpierw znieruchomieli i wytrzeszczyli oczy. Obejrzeli się to na siebie, to na Bonę, to na nas, to znowu na siebie. A na koniec zgodnie zagwizdali.
   - Domyślam się, że to jest owa Inka – powiedział starszy.
   - Założę się, że już mu się udało – dodał młodszy z uśmiechem. Niewiadomo kiedy Bona rzuciła w niego ciężkim zwojem nici, nie odrywając przy tym wzroku od pracującej maszyny.
   Nie wiedziałam, o co im chodziło. Pod czujnymi spojrzeniami starałam się jak najbardziej wcisnąć w ciepłą klatkę piersiową Motylka.
   - Założę się, że już z nią zgrzeszył, zgadłem przyjacielu? – zwrócił się do Daniela.
   - Zamknij się, Max – warknął, a ja poczułam, jak jego mięśnie się napinają. Wróć! Ten chudzielec ma mięśnie?
   - Luzuj szelki. Ty nie zgrzeszyłeś to ja z chęcią to zrobię – kontynuował Max.
   Nie mam pojęcia kiedy Daniel wstał. Po prostu opadłam na ciepłą ławę w chwili, gdy pięść Motylka miażdżyła szczękę chłopaka, a ten mu oddał. Przetoczyli się na kanapę. Walczyli ze sobą otoczeni miękkimi orientalnymi poduszkami. Podeszłam z zamiarem rozdzielenia ich, lecz powstrzymała mnie czyjaś ręka, która nagle pojawiła się na moim ramieniu.
   - Co ty robisz?! Chcesz, żeby się pozabijali?! Czy ty jesteś normalny?! – naskoczyłam na osobę stojącą za mną. – Nie dotykaj mnie!
   Strąciłam dłoń. Odwróciłam się do chłopaka z błyskawicami padającymi z moich oczu. Uniósł dłonie w obronnym geście.
   - Pozwól im się wyszaleć. Dawno się nie widzieli. Nic im nie będzie. – Jakoś nie mogłam mu w to uwierzyć. Wyciągnął do mnie rękę. – Jestem Marcel.
   - Inka.
   Schowałam dłonie do kieszeni swoich spodni.
   - Przyjaciel Motylka.
   - Przyjaciółka Daniela.
   Uniósł brew w wyrazie zdziwienia.
   - A nie wygląda.
   Zgromiłam go wzrokiem.
   - No co? W takim razie chcę żebyś ty też mi siedziała na kolanach.
   - My się nie przyjaźnimy – podkreśliłam, kiedy zza kanapy dobiegł odgłos kolejnego uderzenia, a po nim śmiech. Radosny śmiech.
   - Bona jest moją przyjaciółką i nie siada mi na kolanach – ciągnął dalej.
   - Widocznie jest mądra – burknęłam.
   Po chwili zobaczyłam wstającego Daniela, wyciągającego rękę do wciąż uśmiechniętego Maxa. Motylek pomógł mu wstać i poklepał po plecach.
   - A teraz przepraszaj – rozkazał, równocześnie obejmując mnie swoim ramieniem i przyciągając do swojego boku. Objęłam go w pasie i zaczepiłam palce o boki jego spodni. Od czasu do czasu gładziłam ciepłą skórę pod jego koszulką. Uniosłam głowę i przyjrzałam się jego twarzy, nie była na niej żadnych siniaków. Jeszcze.
   Max patrzył na mnie przez chwilę, po czym skłonił się nisko.
   - Przepraszam cię, o czcigodna Inko, ino przyjaciółko lorda Daniela, za swe niepochlebne komentarze, które mogły uprzykrzyć się twej godności.
   - Ale z ciebie Romeo – prychnął Marcel.
   - Zamknij się, Marcepan – wywarczał Max, po czym rzucił się na chłopaka.
   W tym czasie Daniel pochylił się i zaczął szeptać do mojego ucha.
   - Max jest naszym basistą, natomiast Marcel siedzi na perkusji.
   - To pewnie dlatego tak dobrze się dogadują – mruknęłam bezwiednie wpychając nos w miękki materiał jego koszulki.
   Zaśmiał się cicho i ucałował linię moich włosów.
   - Przepraszam cię za nich, to było nie na miejscu.


   Całą drogę powrotną trzymaliśmy się za ręce. Nie odzywaliśmy się, po prostu szliśmy przed siebie. Co jakiś czas mocniej ściskał moją dłoń, jakby sprawdzał czy dalej byłam obok. Ale ja ani myślałam znikać.
   - Więc jesteś wszechstronnie uzdolniony? – zagadnęłam.
   - Gram chyba na wszystkim – odpowiedział zawstydzony.
   - Nauczysz mnie grać na czymś jeszcze? Skrzypce? Gitara?
   - Z chęcią, ale jest to tak samo skomplikowane, jak pianino, a nawet
bardziej.
   Szliśmy dalej w ciszy.
   - O co chodziło z tymi braćmi MM?
   - Bracia MM? – zaśmiał się.
   - Więc? – nalegałam.
   Daniel znacznie poczerwieniał na twarzy. Wbiłam w niego podejrzliwie wzrok.
   - No gadaj!
   Milczał jeszcze przez jakiś czas, po czym słowa zaczęły opuszczać jego usta szybciej niż oddech. Ledwo rozumiałam, co chciał mi przekazać.
   - Pytali o to czy ze sobą spaliśmy. Nie tak po prostu w jednym łóżku, tylko w sensie, że się ze sobą kochaliśmy. Myśleli, że jesteśmy parą. W końcu siedziałaś mi na kolanach. Ale to nie była prawda. Dlatego rzuciłem się na Maxa z pięściami. Nie chciałem, żeby mówił kłamstwa, szczególnie na twój temat. Szczególnie, że ty nigdy nie przespałabyś się z kimś takim jak ja. Mimo, że ja… Z tobą… Nigdy… - zaciął się i zarumienił jeszcze bardziej.
   - Dzięki, właśnie powiedziałeś, że nie jestem pociągająca – starałam się ukryć uśmiech i grać poważną.
   - Nie! – zaprzeczył gorąco. – Nie – poprawił się. – Jesteś pociągająca. Cholernie pociągająca. I seksowna. Chodziło mi o to, że nigdy bym nie śmiał nawet sugerować czegoś z tobą, mimo że bardzo bym tego chciał… A ty zapewne byś odmówiła i nie miałbym ci tego za złe, w końcu masz do tego prawo.
   Ścisnęłam jego dłoń.
   - Czemu tak myślisz? Że bym odmówiła?
   - Bo przecież kochasz innego. Pewnie chciałabyś zostawić, niektóre swoje strony tylko dla niego – powiedział cicho.
   - No i co z tego, że go kocham? Nie zasługuje na nic więcej, poza tym, co dostał. Więc za mnie nie odpowiadaj, dobrze?
   Przyglądał mi się wnikliwie.
   - A chciałabyś? – Jego oczy lustrowały całą moją sylwetkę, lecz głównie skupiały się na mojej twarzy.
   - Może kiedyś – wzruszyłam ramionami. Stanęłam na czubkach swoich platform. – Tylko teraz nie mdlej – wyszeptałam tuz przy jego lekko rozchylonych ustach.
   Delikatnie je musnęłam. Podobnie jak rano. Tylko, że tym razem nie musiałam łapać bezwładnego ciała. Motylek wydał mi się nad wyraz żywy. Jego ręka boleśnie ściskała moje palce.
   - Czy rano pominęło mnie coś takiego? – spytał niskim głosem.
   - Nawet lepszego – zamruczałam.
   - Nie wierzę. – Oparł się swoim czołem o moje.
   Ignorując przechodni przyciągnęłam go do siebie za szlufki spodni.
   - Spróbuj.
   I spróbował. Tym razem to jego usta naparły na moje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WS.