Za oknem rozprzestrzeniała się noc, a nasze palce
dalej były splątane. Siedzieliśmy na kanapie bez zbędnych słów. Byłam zmęczona.
Miałam dość otaczających mnie emocji, myśli i bólu. Kiedy przestawałam myśleć o
Frytce przypominałam sobie o uczuciu towarzyszącemu wyrywanemu kolczykowi.
Obłędzie w jego oczach. Nie czułam nic. Ani smutki, ani złości. Kompletne nic.
Jakby Diabeł nigdy nic dla mnie nie znaczył.
Zaczynałam
przysypiać na oparciu kanapy.
- Chce mi się spać
– wyszeptałam.
W odpowiedzi
pokiwał tylko głową i zaczął poprawiać sobie poduszki. No tak, miał spać w
salonie. Podniósłszy się z siedzenia
wyciągnęłam ręce w jego stronę.
- Chodź ze mną –
powiedziałam cicho.
Poszedł za mną ze
spadającymi spodniami. Położyłam się w jego łóżku, na wszelki wypadek zostawiając
mu miejsce by mógł się przy mnie położyć. Zamiast tego usiadł na podłodze.
Wciągnął dłoń w moją stronę. Ujęłam ją z niemą wdzięcznością. Gładził kciukiem
kostki moich palców. Odwróciłam się do niego plecami wciąż trzymając go za
rękę.
Gdy moje oczy
zaczęły się zamykać, spytałam:
- Jak to się stało,
że wpadłeś w to gówno? – wulgaryzm dziwnie zabrzmiał w moich ustach. Milczał
chwilę nie przestając gładzić moich palców.
- Nigdy się nad tym
nie zastanawiałem. – Pauza. – Myślę, że to przez presję w szkole, środowisko
lub coś takiego.
W odpowiedzi
ścisnęłam jego dłoń.
- A ty jak poznałaś
tego… Czemu? – zapytał.
Czułam, że patrzył
w moją stronę, więc odwróciłam się twarzą w jego stronę.
- Pierwszy raz
spotkałam go w księgarni. Cały czas się na mnie patrzył. Coś kazało mi się do
niego zbliżyć. To było niesamowite, ale szybko się uspokoiłam. Nie na długo
jednak – zaśmiałam się ponuro. – Tego samego dnia spotkaliśmy się w „Kaplicy” i
tak się jakoś potoczyło.
Doskonale pamiętam
jaka byłam nim pochłonięta. To przyciąganie. Strach – przepełnił mnie, gdy
tylko zobaczyłam jego oczy. Ból – zstąpił na mnie w momencie zrozumienia, ile
ran zostanie mi przez niego zadanych. Pragnienie – kłębiło się pod paznokciami
moich smukłych palców i mówiło: Chcę, Bierz, Więcej, Teraz. Świadomość – że z
tego nie wyniknie nic dobrego. Ale musiałam brnąć w to dalej. Czułam, że
inaczej zatracę jakąś cząstkę siebie.
Dlatego, gdy
podszedł do mnie w momencie odpoczynku pod ścianą. Przycisną z nadgarstki i
unieruchomił. Serce przestało bić. Wywarczał mi prosto do ucha, że muszę być
jego, że mnie chce, że nie pożałuję zostania jego własnością, że oboje tego
potrzebujemy. Kazałam mu to udowodnić, a wtedy pocałował mnie jak nikt
wcześniej. Po raz pierwszy poczułam te popularne motyle w brzuchu.
- Czemu dałaś się w
to wciągnąć? – Daniel wyrwał mnie z rozmyślań.
- Nigdy się nad tym
nie zastanawiałam. Chyba tylko dla adrenaliny jaką dawało samo przebywanie u
jego boku – skłamałam. Dobrze wiedziałam, że to nie była tylko adrenalina. –
Zresztą czasami był naprawdę dobrą osobą.
Tym razem to Daniel
uścisnął moją dłoń.
- Potrzebuję cię –
wyszeptałam zamykając ciężkie powieki.
- Ja ciebie też –
odszeptał.
Pozwoliłam mu
oprzeć głowę o swoje kolana. Niedługo potem oboje zasnęliśmy fantazjując o tym,
co by było gdyby…
4 lipca, piątek
Obudził mnie
promień światła wpadający przez niedokładnie zasłonięte okno. Podniosłam się z
łóżka, przeciągnęłam, rozciągając zastygłe kości. Wszystko dokoła pachniało
Danielem, włącznie ze mną, jednak jego już ze mną nie było.
Wyszłam z pokoju,
ponownie wyciągając ręce ku górze. Na korytarzu prowadzącemu do kuchni oraz
salonu usłyszałam delikatne szarpanie za struny. Wsunęłam głowę do dużego
pokoju. Telewizor był włączony, lecz wyciszony. Na podłodze przed kanapą
siedział Motylek z gitarą na kolanach. Myślałam, że mnie nie zauważył, więc
przysłuchiwałam się jego muzyce. Pełnej
empatii wprowadzającej w dryfujący stan melancholii.
- Cześć –
powiedział, tym samym wyrywając mnie z transu.
- Cześć –
odpowiedziałam, opierając się o framugę. – Myślała, że nie wiesz, że tu jestem.
- Jesteś
najgłośniej chodzącą osobą, jaką znam – powiedziawszy to, spojrzał na mnie i
spłoną rumieńcem. Szybko odwrócił wzrok.
Chciałam zapytać co
się stało, ale zamiast tego spojrzałam w dół. Moja bluza bardzo mocno
podjechała do góry ukazując moje nogi w całej okazałości.
- Wczoraj jakoś
moje nagie nogi ci nie przeszkadzały – rzekłam zaczepnie. Zrobił się jeszcze
bardziej czerwony. – Dobrze, już dobrze, idę po jakieś spodnie. – Wyszłam z
salonu.
Myślałam, że
powróci do grania, lecz on złapał mnie za ramie i odwrócił w swoją stronę.
Pochylił się do mnie lekko. Byliśmy tak blisko siebie. Poczułam jak oboje nas
przeszył prąd. Zsunął rękę z mojego ramienia, przez łokieć do dłoni.
- Nie chciałabyś
się dziś gdzieś ze mną wybrać? – spytał patrząc na nasze splecione palce.
Podziwiałam je
razem z nim. Po chwili mój wzrok uciekł na jego zsuwające się z bioder spodnie.
Ujrzałam jego tatuaż w całej okazałości.
- Zaistnieć –
przeczytałam na głos wijące się litery. – Ładny.
Podniosłam swój
drugą dłoń by go dotknąć. Już prawie czułam jego dotyk. Wyobrażałam sobie, jak
przesuwam opuszkami po czarnym tuszu. Jak chłód jego skóry styka się z moim ciepłem.
Dzieliły nas tylko milimetry. Gdy nagle pomyślałam o Diable. O jego reakcji,
jakby mnie teraz zobaczył. Z Danielem. Zawahałam się. Spojrzałam na
wpółprzymknięte oczy chłopaka. Na szybko unoszącą się klatkę piersiową.
Przyglądałam się jego oczom, które błyszczały. Moją niepewność zastąpiło
zdecydowanie. Po chwili przesunęłam kciukiem po cienkiej, niczym papier, skórze
Daniela. Usłyszałam jak wciągnął powietrze.
- Podoba mi się
twój tatuaż – sunęłam palcem wzdłuż napisu. Dokładnie obrysowywałam krańce
liter. Mocno skupiłam się na s. Była
taka delikatna. Wróciłam do z.
Koncentrowałam się na zawijasie w jej
dolnej części. Szczególnie, że znajdowała się osobliwie blisko jego podbrzusza.
Cofnęłam drżącą
rękę. Byłam zaskoczona swoją pewnością. Nigdy bym nie pomyślała, że jestem
zdolna do tak śmiałych gestów. Mówienia brudnych rzeczy, owszem. Ale nie do
spełniania swoich słów. Wróciłam spojrzeniem do twarzy Daniela. Wyglądał tak,
jakby próbował się uspokoić. Miał mocno zaciśnięte powieki. Mocno trzymał mnie
za rękę.
- Co się dzieje? –
zapytałam tuż przy jego uchu. Wciągnął głośno powietrze.
- Chcę cię
pocałować. Teraz – wyznał cicho, zachrypniętym głosem.
- Ja też chcę cię
pocałować.
Stanęłam na
czubkach palców, nie pozwalając mu unieść powiek, i delikatnie musnęłam jego
usta swoimi.
Ogarnęło mnie
przerażenie. Wpadł nieprzytomny w moje ramiona. Pomogłam mu się osunąć na
podłogę. Oparłam zwiotczałe ciało o ścianę.
- Daniel! -
zaczęłam piszczeć. – Daniel! Obudź się! Motylku, wstawaj! – powtarzałam bez
końca.
- Daniel!
Szarpnęłam jego
koszulkę, a on, nieświadomy niczego, uderzał głową o ścianę.
- Obudź się!
Uderzyłam go
otwartą dłonią w policzek. Jeden raz. Drugi. Piąty. Moje serce tłukło się w
piersi. Wariował. Cała wariowałam. Miałam go spoliczkować ponownie, gdy jego
powieki zaczęły drżeć. Podniosły się. Patrzył na mnie zdziwiony, jakby się
zastanawiał, co się działo, kiedy jego mózg zrobił sobie przerwę. Przylgnęłam
do jego swobodnie unoszącej się piersi. Słabnącymi pięściami biłam jego
delikatne żebra.
- Nie strasz mnie
tak więcej, słyszysz? Zabraniam ci!
Teraz już otwarcie
płakałam. Wtuliłam twarz w jasny materiał jego bluzki.
- Nigdy więcej –
wyszeptałam.
Przytulił mnie tak
jak Diabeł nigdy nie potrafił.
- Poproszę dwie
paczki wiśniowych Black Devili – powiedziałam do mężczyzny siedzącego w kiosku.
Zapłaciłam za
papierosy i od razu otworzyłam jedno opakowanie. Zapaliłam jednego,
przysiadając się jednocześnie do Daniela na przystankowej ławeczce. Zaproponowałam
mu jednego. Odmówił.
- Gardzisz
najlepszymi papierosami na świecie – poinformowałam go.
- Gardzę rakiem
płuc.
Złapał mnie za
rękę, a ja schowałam opakowanie wraz z portfelem do torby.
- To gdzie mnie
zabierasz? – spytałam patrząc na nasze splecione dłonie.
- To niespodzianka
– uśmiechnął się do mnie przebiegle.
- W takim razie
oddaję się w twoje ręce. Mam nadzieję, że zwrócisz mnie w nienaruszonym stanie
– spojrzałam na niego znacząco.
- O mnie się nie
martw.
Po tym jak się
ocknął nakrzyczałam na niego jak na nikogo wcześniej. Przepraszał mnie dłuższą
chwilę i co kilka minut upewniał się, że nie jestem na niego zła. Byłam
przerażona. Wydawało mi się, że naprawdę go straciłam. To było gorsze niż ból
policzka od ciosu Diabła. Myślałam, że sama tego nie przeżyję. Nie miałam
pojęcia, co bym zrobiła gdyby się wtedy nie ocknął.
Długo potem
leżeliśmy w swoich ramionach. Jego dotyk był taki delikatny, wręcz
kojący. Pragnęłam by tamta chwila trwała wiecznie. Rozstaliśmy się
bym mogła się spokojnie ubrać. Założyłam zwykłe spodnie, koszulkę z napisem Pussy Power oraz platformy, w których
byłam w klubie. Do tego pomalowałam usta ciemnofioletową pomadką, a włosy
związałam w wysoki kucyk by liczne warkoczyki mogły opadać na moje ramiona.
Wszyscy mogli podziwiać moją twarz i
krzywy opatrunek na uchu, o którym wcale nie myślałam. Gdy Daniel mnie zobaczył
zaniemówił, na co tylko przewróciłam oczami. I pomimo wysokich platform
sięgałam mu jedynie do brody.
- To nasz autobus –
chłopak pociągnął mnie do otwierających się drzwi.
- Nie mogliśmy się
po prostu przejść? – spytałam, gnając za jego długimi krokami. – Byłoby
przyjemniej. – Wpatrywałam się w chodnik i próbowałam omijać co głębsze dziury.
- Jeżeli byś
chciała t-to n-nie ma problemu – jąkał się, a rumieńce bardzo szybko rozkwitły
na jego twarzy. – Z powrotem możemy się przejść.
Nie wytrzymałam i
zaczęłam się śmiać.
Weszliśmy do małej
kawiarenki. Nad drzwiami wisiał estetyczny szyld z nazwą lokalu. Ściany miały
delikatny kremowy kolor, a na stolikach poukładane był serwetki w cukierkowe
wzory.
- Wybierz sobie coś
– wyszeptał mi do ucha przy ladzie. – Polecam babeczki, są najlepsze.
- I ty to niby
wiesz? – zakpiłam sobie.
- Dziesięć miesięcy
temu wiedziałem – odmruknął.
- Przez dziesięć
miesięcy dużo się mogło zmienić.
Mierzyliśmy się
wzrokiem.
- Poproszę tę – wskazałam na ciastko z
lukrowym napisem: i know you wanna bite this,
it’s so enticin’, nothin’ else like this, you want that cake*. – Albo tę –
pokazałam na babeczkę, na której widniało: thx
4 eating me out for 2,5 ha. – Chociaż może… - popatrzyłam na kolejną don’t be gentle.
Daniel tłumił śmiech. Poprosił kobietę
przy kasie by zapakowała wszystkie, a on odbierze je jak będziemy wychodzić. Ta
pokiwała głową. Po zapłaceniu z opakowania wyjęłam jedną z babeczek i ugryzłam.
Jeszcze nigdy nie jadłam tak pysznych wypieków. Chłopak z rozbawieniem
przyglądał się moim zachwyconym oczom i przysłuchiwał rozanielonym jękom.
Poprowadził mnie w stronę schodów. Przede mną ukazały się najmasywniejsze drzwi
jakie miałam okazję oglądać.
- Tu spotykamy się
z zespołem, piszemy piosenki, nagrywamy dema – powiedział niepewnie. – Rzadko
wpuszczamy osoby z zewnątrz…
Pokiwałam głową ze
zrozumieniem.
- To taka moja
świątynia i chciałbym, żebyś mogła poczuć to samo co ja. Jak bardzo głupio to
brzmi?
- Nie, moim zdaniem
to ma całkiem sporo sensu.
Spojrzał na mnie
wciąż nieprzekonany, więc by udowodnić szczerość swoich słów pchnęłam jedno z
ciężkich skrzydeł drzwi.
Pomieszczenie było
duże. Ściany, podłoga, sufit, wszystko było pokryte grubymi perskimi dywanami.
Na środku pomieszczenia wisiał tandetny kryształowy żyrandol. Pod jedną ścianą
stały instrumenty. Pianino, perkusja, gitary, a nawet kilka głośników. Na
środku stała kanapa okryta kocami w orientalne wzory i futrzanymi poduszkami. Z
nią stała półka z książkami i pięcioliniami. W przeciwległym kącie stała
maszyna do szycia, tuż przy niej znajdowała się szafka zapełniona cekinami,
materiałami, lamówkami. Za stolikiem z maszyną siedziała dziewczyna. W
pomieszczeniu pachnęło dymem, nie papierosowym, lecz typowym, stęchłym
unoszącym się ze świeczek zapachowo-relaksacyjnych. Zamknęliśmy za sobą drzwi.
Dziewczyna
podniosła głowę. Wyglądała jak typowa gotka. Ubrana na czarno, w długiej
koronkowej sukni z gorsetem zawiązanym w wąskiej talii. Jedynie blada twarz
odznaczała się granatem ust.
- Motylek! –
wykrzyknęła na powitanie i przytuliła się do niego. Patrzyłam na nich nerwowo.
– Nie martw się – zwróciła się do mnie – nie mam zamiaru ci kraść chłopaka.
Jesteś zdecydowanie bardziej pociągająca niż ten chudzielec. Ogólnie dziewczyny
są pociągające – puściła do mnie oko.
- Rozumiem –
uśmiechnęłam się drętwo.
- Bonawentura
walczy z seksizmem, jest lesbijką i feministką – powiedział Daniel, odsuwając
ją od siebie.
- Tak wiem, rodzice
mnie skrzywdzili takim imieniem – udała głęboko zranioną.
- Moim zdaniem
pasuje do ciebie. Jest… inne – oznajmiłam.
- No widzisz? Tak
się pociesza dziewczyny, mężczyzno! – dźgnęła go palcem między żebra i wróciła
do maszyny. Zerknęłam na nią zaciekawiona.
- Zajmuję się też
naszym wizerunkiem – wyjaśniła odcinając nitkę.
Zainteresowana
podeszłam do niej.
- Aktualnie pracuję
nad kolejnym gorsetem. Underbust. Wiesz, pod cycki – przejechała dłonią pod
swoimi piersiami. Ale ten będzie jeszcze krótszy, tylko na talię. Strasznie się
namęczyłam za szukaniem krótkich fiszbin, ale w końcu znalazłam. Siedzę nad nim
już miesiąc, mam dużo roboty, ale moja była tak mi wjechała na ambicję, że nie
spocznę dopóki nie przebiję jej projektu.
Pokiwałam głową z
podziwem i ponownie wgryzłam się w babeczkę. Usiadłam na kanapie. Była
niewiarygodnie miękka. Odnosiłam wrażenie, że się w niej zatapiam. Wszyscy
zapadaliśmy się w zgrzytaniach maszyny. Daniel rozsiadł się przy pianinie.
Zaczął delikatnie stukać w klawisze tworząc cudownie melancholijną muzykę.
- Dlaczego tu
przyszedłeś, Motylu? Bo chyba nie po to, by poćwiczyć swoje palce na pianinie –
odezwała się nagle Bonawentura.
- Bona, widziałaś
jej ucho? – Oboje spojrzeli się na mnie. Dziewczyna podeszła do mnie.
- Beznadziejnie
opatrzone – syknęła. – Mogę?
Nie wiedziałam, co
mogła, ale Bona mimo wszystko sama udzieliła sobie pozwolenia na brutalne
zerwanie plastra z mojego ucha. Zgodziłam się ze wszystkimi, że Frytka
nienajlepiej okleiła mi ucho plastrem , ale to nie był powód do zdzierania go
ze mnie! Krzyknęłam. Babeczka wysunęła się z mojej ręki i opadła na podłogę.
- Uhu… Okropnie to
wygląda.
- Mogłabyś być
delikatniejsza – warknął Daniel.
- Zrywanie plastra
jest jak kończenie związku z psychiczną laską – trzeba to zrobić szybko i
niespodziewanie. Uwierzcie mi, psychiczne laski to najgorsze, co można spotkać
na swojej drodze.
- Co to miało być?!
– wykrzyknęłam, gdy w końcu odzyskałam zdolność formułowania zdań.
- Odkleiłam ci
plasterek. A teraz jakoś prawidłowo zakryjemy rankę – podśpiewała wesoło,
odrzucając moje warkoczyki na drugą stronę szyi. – Co powiesz na nausznicę? A
jak ci się zagoi ranka to znowu zrobimy ci helixa. Tym razem żaden kotek nie
będzie się nim bawił. Wszystkim powtarzam, żeby nie spali z kotami.
Już jej nie
słuchałam. Patrzyłam tylko na Daniela. Nie miałam pojęcia, co się dokoła mnie
dzieje. Kucnął przede mną i złączył nasze ręce na moich kolanach.
- Bona się na tym
zna. Już tyle ranek łatała między członkami zespołu, że po twojej na pewno nic
nie zostanie. Po uchu nawet nie będzie widać, jak brutalnie zostało
potraktowane. Bardzo mi zależy, żebyś nie musiała o tym pamiętać. Chcę żebyś
była szczęśliwa.
- Będę szczęśliwa
mogąc o wszystkim pamiętać.
Patrzyliśmy na
siebie.
- Czyli mam po
prostu porządnie zakleić to plasterkiem? – spytała Bonawentura.
- Tak, właśnie tak.
- To co ja mam
zrobić z tą połową nausznicy, Motylku?! – wykrzyknęła oburzona. Zarumieniony
chłopak wyszeptał jej coś do ucha. – O ty! Ale z ciebie romantyk – zaśmiała się
i wróciła do stołu z maszyną.
- Tylko pamiętaj, że
to niespodzianka – uświadomił Bonę, czerwieniąc się jeszcze bardziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz