poniedziałek, 29 czerwca 2015

~ 08 ~

Rozdział pisany do: ---, ---, ---

   Za oknem  rozprzestrzeniała się noc, a nasze palce dalej były splątane. Siedzieliśmy na kanapie bez zbędnych słów. Byłam zmęczona. Miałam dość otaczających mnie emocji, myśli i bólu. Kiedy przestawałam myśleć o Frytce przypominałam sobie o uczuciu towarzyszącemu wyrywanemu kolczykowi. Obłędzie w jego oczach. Nie czułam nic. Ani smutki, ani złości. Kompletne nic. Jakby Diabeł nigdy nic dla mnie nie znaczył.
   Zaczynałam przysypiać na oparciu kanapy.
   - Chce mi się spać – wyszeptałam.
   W odpowiedzi pokiwał tylko głową i zaczął poprawiać sobie poduszki. No tak, miał spać w salonie. Podniósłszy się z siedzenia wyciągnęłam ręce w jego stronę.
   - Chodź ze mną – powiedziałam cicho.
   Poszedł za mną ze spadającymi spodniami. Położyłam się w jego łóżku, na wszelki wypadek zostawiając mu miejsce by mógł się przy mnie położyć. Zamiast tego usiadł na podłodze. Wciągnął dłoń w moją stronę. Ujęłam ją z niemą wdzięcznością. Gładził kciukiem kostki moich palców. Odwróciłam się do niego plecami wciąż trzymając go za rękę.
   Gdy moje oczy zaczęły się zamykać, spytałam:
   - Jak to się stało, że wpadłeś w to gówno? – wulgaryzm dziwnie zabrzmiał w moich ustach. Milczał chwilę nie przestając gładzić moich palców.
   - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. – Pauza. – Myślę, że to przez presję w szkole, środowisko lub coś takiego.
   W odpowiedzi ścisnęłam jego dłoń.
   - A ty jak poznałaś tego… Czemu? – zapytał.
   Czułam, że patrzył w moją stronę, więc odwróciłam się twarzą w jego stronę.
   - Pierwszy raz spotkałam go w księgarni. Cały czas się na mnie patrzył. Coś kazało mi się do niego zbliżyć. To było niesamowite, ale szybko się uspokoiłam. Nie na długo jednak – zaśmiałam się ponuro. – Tego samego dnia spotkaliśmy się w „Kaplicy” i tak się jakoś potoczyło.
   Doskonale pamiętam jaka byłam nim pochłonięta. To przyciąganie. Strach – przepełnił mnie, gdy tylko zobaczyłam jego oczy. Ból – zstąpił na mnie w momencie zrozumienia, ile ran zostanie mi przez niego zadanych. Pragnienie – kłębiło się pod paznokciami moich smukłych palców i mówiło: Chcę, Bierz, Więcej, Teraz. Świadomość – że z tego nie wyniknie nic dobrego. Ale musiałam brnąć w to dalej. Czułam, że inaczej zatracę jakąś cząstkę siebie.
   Dlatego, gdy podszedł do mnie w momencie odpoczynku pod ścianą. Przycisną z nadgarstki i unieruchomił. Serce przestało bić. Wywarczał mi prosto do ucha, że muszę być jego, że mnie chce, że nie pożałuję zostania jego własnością, że oboje tego potrzebujemy. Kazałam mu to udowodnić, a wtedy pocałował mnie jak nikt wcześniej. Po raz pierwszy poczułam te popularne motyle w brzuchu.
   - Czemu dałaś się w to wciągnąć? – Daniel wyrwał mnie z rozmyślań.
   - Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Chyba tylko dla adrenaliny jaką dawało samo przebywanie u jego boku – skłamałam. Dobrze wiedziałam, że to nie była tylko adrenalina. – Zresztą czasami był naprawdę dobrą osobą.
   Tym razem to Daniel uścisnął moją dłoń.
   - Potrzebuję cię – wyszeptałam zamykając ciężkie powieki.
   - Ja ciebie też – odszeptał.
   Pozwoliłam mu oprzeć głowę o swoje kolana. Niedługo potem oboje zasnęliśmy fantazjując o tym, co by było gdyby…


4 lipca, piątek
   Obudził mnie promień światła wpadający przez niedokładnie zasłonięte okno. Podniosłam się z łóżka, przeciągnęłam, rozciągając zastygłe kości. Wszystko dokoła pachniało Danielem, włącznie ze mną, jednak jego już ze mną nie było.
   Wyszłam z pokoju, ponownie wyciągając ręce ku górze. Na korytarzu prowadzącemu do kuchni oraz salonu usłyszałam delikatne szarpanie za struny. Wsunęłam głowę do dużego pokoju. Telewizor był włączony, lecz wyciszony. Na podłodze przed kanapą siedział Motylek z gitarą na kolanach. Myślałam, że mnie nie zauważył, więc przysłuchiwałam się jego muzyce.  Pełnej empatii wprowadzającej w dryfujący stan melancholii.
   - Cześć – powiedział, tym samym wyrywając mnie z transu.
   - Cześć – odpowiedziałam, opierając się o framugę. – Myślała, że nie wiesz, że tu jestem.
   - Jesteś najgłośniej chodzącą osobą, jaką znam – powiedziawszy to, spojrzał na mnie i spłoną rumieńcem. Szybko odwrócił wzrok.
   Chciałam zapytać co się stało, ale zamiast tego spojrzałam w dół. Moja bluza bardzo mocno podjechała do góry ukazując moje nogi w całej okazałości.
   - Wczoraj jakoś moje nagie nogi ci nie przeszkadzały – rzekłam zaczepnie. Zrobił się jeszcze bardziej czerwony. – Dobrze, już dobrze, idę po jakieś spodnie. – Wyszłam z salonu.
   Myślałam, że powróci do grania, lecz on złapał mnie za ramie i odwrócił w swoją stronę. Pochylił się do mnie lekko. Byliśmy tak blisko siebie. Poczułam jak oboje nas przeszył prąd. Zsunął rękę z mojego ramienia, przez łokieć do dłoni.
   - Nie chciałabyś się dziś gdzieś ze mną wybrać? – spytał patrząc na nasze splecione palce.
   Podziwiałam je razem z nim. Po chwili mój wzrok uciekł na jego zsuwające się z bioder spodnie. Ujrzałam jego tatuaż w całej okazałości.
   - Zaistnieć – przeczytałam na głos wijące się litery. – Ładny.
   Podniosłam swój drugą dłoń by go dotknąć. Już prawie czułam jego dotyk. Wyobrażałam sobie, jak przesuwam opuszkami po czarnym tuszu. Jak chłód jego skóry styka się z moim ciepłem. Dzieliły nas tylko milimetry. Gdy nagle pomyślałam o Diable. O jego reakcji, jakby mnie teraz zobaczył. Z Danielem. Zawahałam się. Spojrzałam na wpółprzymknięte oczy chłopaka. Na szybko unoszącą się klatkę piersiową. Przyglądałam się jego oczom, które błyszczały. Moją niepewność zastąpiło zdecydowanie. Po chwili przesunęłam kciukiem po cienkiej, niczym papier, skórze Daniela. Usłyszałam jak wciągnął powietrze.
   - Podoba mi się twój tatuaż – sunęłam palcem wzdłuż napisu. Dokładnie obrysowywałam krańce liter. Mocno skupiłam się na s. Była taka delikatna. Wróciłam do z. Koncentrowałam się na zawijasie w  jej dolnej części. Szczególnie, że znajdowała się osobliwie blisko jego podbrzusza.
   Cofnęłam drżącą rękę. Byłam zaskoczona swoją pewnością. Nigdy bym nie pomyślała, że jestem zdolna do tak śmiałych gestów. Mówienia brudnych rzeczy, owszem. Ale nie do spełniania swoich słów. Wróciłam spojrzeniem do twarzy Daniela. Wyglądał tak, jakby próbował się uspokoić. Miał mocno zaciśnięte powieki. Mocno trzymał mnie za rękę.
   - Co się dzieje? – zapytałam tuż przy jego uchu. Wciągnął głośno powietrze.
   - Chcę cię pocałować. Teraz – wyznał cicho, zachrypniętym głosem.
   - Ja też chcę cię pocałować.
   Stanęłam na czubkach palców, nie pozwalając mu unieść powiek, i delikatnie musnęłam jego usta swoimi.


   Ogarnęło mnie przerażenie. Wpadł nieprzytomny w moje ramiona. Pomogłam mu się osunąć na podłogę. Oparłam zwiotczałe ciało o ścianę.
   - Daniel! - zaczęłam piszczeć. – Daniel! Obudź się! Motylku, wstawaj! – powtarzałam bez końca.
   - Daniel!
   Szarpnęłam jego koszulkę, a on, nieświadomy niczego, uderzał głową o ścianę.
   - Obudź się!
   Uderzyłam go otwartą dłonią w policzek. Jeden raz. Drugi. Piąty. Moje serce tłukło się w piersi. Wariował. Cała wariowałam. Miałam go spoliczkować ponownie, gdy jego powieki zaczęły drżeć. Podniosły się. Patrzył na mnie zdziwiony, jakby się zastanawiał, co się działo, kiedy jego mózg zrobił sobie przerwę. Przylgnęłam do jego swobodnie unoszącej się piersi. Słabnącymi pięściami biłam jego delikatne żebra.
   - Nie strasz mnie tak więcej, słyszysz? Zabraniam ci!
   Teraz już otwarcie płakałam. Wtuliłam twarz w jasny materiał jego bluzki.
   - Nigdy więcej – wyszeptałam.
   Przytulił mnie tak jak Diabeł nigdy nie potrafił.

   - Poproszę dwie paczki wiśniowych Black Devili – powiedziałam do mężczyzny siedzącego w kiosku.
   Zapłaciłam za papierosy i od razu otworzyłam jedno opakowanie. Zapaliłam jednego, przysiadając się jednocześnie do Daniela na przystankowej ławeczce. Zaproponowałam mu jednego. Odmówił.
   - Gardzisz najlepszymi papierosami na świecie – poinformowałam go.
   - Gardzę rakiem płuc.
   Złapał mnie za rękę, a ja schowałam opakowanie wraz z portfelem do torby.
   - To gdzie mnie zabierasz? – spytałam patrząc na nasze splecione dłonie.
   - To niespodzianka – uśmiechnął się do mnie przebiegle.
   - W takim razie oddaję się w twoje ręce. Mam nadzieję, że zwrócisz mnie w nienaruszonym stanie – spojrzałam na niego znacząco.
   - O mnie się nie martw.
   Po tym jak się ocknął nakrzyczałam na niego jak na nikogo wcześniej. Przepraszał mnie dłuższą chwilę i co kilka minut upewniał się, że nie jestem na niego zła. Byłam przerażona. Wydawało mi się, że naprawdę go straciłam. To było gorsze niż ból policzka od ciosu Diabła. Myślałam, że sama tego nie przeżyję. Nie miałam pojęcia, co bym zrobiła gdyby się wtedy nie ocknął.
   Długo potem leżeliśmy w swoich ramionach. Jego dotyk był taki delikatny, wręcz kojący. Pragnęłam by tamta chwila trwała wiecznie. Rozstaliśmy się bym mogła się spokojnie ubrać. Założyłam zwykłe spodnie, koszulkę z napisem Pussy Power oraz platformy, w których byłam w klubie. Do tego pomalowałam usta ciemnofioletową pomadką, a włosy związałam w wysoki kucyk by liczne warkoczyki mogły opadać na moje ramiona. Wszyscy  mogli podziwiać moją twarz i krzywy opatrunek na uchu, o którym wcale nie myślałam. Gdy Daniel mnie zobaczył zaniemówił, na co tylko przewróciłam oczami. I pomimo wysokich platform sięgałam mu jedynie do brody.
   - To nasz autobus – chłopak pociągnął mnie do otwierających się drzwi.
    Przejechaliśmy tylko kilka przystanków, nawet nie skasowaliśmy biletów.
   - Nie mogliśmy się po prostu przejść? – spytałam, gnając za jego długimi krokami. – Byłoby przyjemniej. – Wpatrywałam się w chodnik i próbowałam omijać co głębsze dziury.
   - Jeżeli byś chciała t-to n-nie ma problemu – jąkał się, a rumieńce bardzo szybko rozkwitły na jego twarzy. – Z powrotem możemy się przejść.
   Nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać.
   Weszliśmy do małej kawiarenki. Nad drzwiami wisiał estetyczny szyld z nazwą lokalu. Ściany miały delikatny kremowy kolor, a na stolikach poukładane był serwetki w cukierkowe wzory.
   - Wybierz sobie coś – wyszeptał mi do ucha przy ladzie. – Polecam babeczki, są najlepsze.
   - I ty to niby wiesz? – zakpiłam sobie.
   - Dziesięć miesięcy temu wiedziałem – odmruknął.
   - Przez dziesięć miesięcy dużo się mogło zmienić.
   Mierzyliśmy się wzrokiem.
   - Poproszę tę – wskazałam na ciastko z lukrowym napisem: i know you wanna bite this, it’s so enticin’, nothin’ else like this, you want that cake*. – Albo tę – pokazałam na babeczkę, na której widniało: thx 4 eating me out for 2,5 ha. – Chociaż może… - popatrzyłam na kolejną don’t be gentle.
   Daniel tłumił śmiech. Poprosił kobietę przy kasie by zapakowała wszystkie, a on odbierze je jak będziemy wychodzić. Ta pokiwała głową. Po zapłaceniu z opakowania wyjęłam jedną z babeczek i ugryzłam. Jeszcze nigdy nie jadłam tak pysznych wypieków. Chłopak z rozbawieniem przyglądał się moim zachwyconym oczom i przysłuchiwał rozanielonym jękom. Poprowadził mnie w stronę schodów. Przede mną ukazały się najmasywniejsze drzwi jakie miałam okazję oglądać.
   - Tu spotykamy się z zespołem, piszemy piosenki, nagrywamy dema – powiedział niepewnie. – Rzadko wpuszczamy osoby z zewnątrz…
   Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
   - To taka moja świątynia i chciałbym, żebyś mogła poczuć to samo co ja. Jak bardzo głupio to brzmi?
   - Nie, moim zdaniem to ma całkiem sporo sensu.
   Spojrzał na mnie wciąż nieprzekonany, więc by udowodnić szczerość swoich słów pchnęłam jedno z ciężkich skrzydeł drzwi.
   Pomieszczenie było duże. Ściany, podłoga, sufit, wszystko było pokryte grubymi perskimi dywanami. Na środku pomieszczenia wisiał tandetny kryształowy żyrandol. Pod jedną ścianą stały instrumenty. Pianino, perkusja, gitary, a nawet kilka głośników. Na środku stała kanapa okryta kocami w orientalne wzory i futrzanymi poduszkami. Z nią stała półka z książkami i pięcioliniami. W przeciwległym kącie stała maszyna do szycia, tuż przy niej znajdowała się szafka zapełniona cekinami, materiałami, lamówkami. Za stolikiem z maszyną siedziała dziewczyna. W pomieszczeniu pachnęło dymem, nie papierosowym, lecz typowym, stęchłym unoszącym się ze świeczek zapachowo-relaksacyjnych. Zamknęliśmy za sobą drzwi.
   Dziewczyna podniosła głowę. Wyglądała jak typowa gotka. Ubrana na czarno, w długiej koronkowej sukni z gorsetem zawiązanym w wąskiej talii. Jedynie blada twarz odznaczała się granatem ust.
   - Motylek! – wykrzyknęła na powitanie i przytuliła się do niego. Patrzyłam na nich nerwowo. – Nie martw się – zwróciła się do mnie – nie mam zamiaru ci kraść chłopaka. Jesteś zdecydowanie bardziej pociągająca niż ten chudzielec. Ogólnie dziewczyny są pociągające – puściła do mnie oko.
   - Rozumiem – uśmiechnęłam się drętwo.
   - Bonawentura walczy z seksizmem, jest lesbijką i feministką – powiedział Daniel, odsuwając ją od siebie.
   - Tak wiem, rodzice mnie skrzywdzili takim imieniem – udała głęboko zranioną.
   - Moim zdaniem pasuje do ciebie. Jest… inne – oznajmiłam.
   - No widzisz? Tak się pociesza dziewczyny, mężczyzno! – dźgnęła go palcem między żebra i wróciła do maszyny. Zerknęłam na nią zaciekawiona.
   - Zajmuję się też naszym wizerunkiem – wyjaśniła odcinając nitkę.
   Zainteresowana podeszłam do niej.
   - Aktualnie pracuję nad kolejnym gorsetem. Underbust. Wiesz, pod cycki – przejechała dłonią pod swoimi piersiami. Ale ten będzie jeszcze krótszy, tylko na talię. Strasznie się namęczyłam za szukaniem krótkich fiszbin, ale w końcu znalazłam. Siedzę nad nim już miesiąc, mam dużo roboty, ale moja była tak mi wjechała na ambicję, że nie spocznę dopóki nie przebiję jej projektu.
    Pokiwałam głową z podziwem i ponownie wgryzłam się w babeczkę. Usiadłam na kanapie. Była niewiarygodnie miękka. Odnosiłam wrażenie, że się w niej zatapiam. Wszyscy zapadaliśmy się w zgrzytaniach maszyny. Daniel rozsiadł się przy pianinie. Zaczął delikatnie stukać w klawisze tworząc cudownie melancholijną muzykę.
   - Dlaczego tu przyszedłeś, Motylu? Bo chyba nie po to, by poćwiczyć swoje palce na pianinie – odezwała się nagle Bonawentura.
   - Bona, widziałaś jej ucho? – Oboje spojrzeli się na mnie. Dziewczyna podeszła do mnie.
   - Beznadziejnie opatrzone – syknęła. – Mogę?
   Nie wiedziałam, co mogła, ale Bona mimo wszystko sama udzieliła sobie pozwolenia na brutalne zerwanie plastra z mojego ucha. Zgodziłam się ze wszystkimi, że Frytka nienajlepiej okleiła mi ucho plastrem , ale to nie był powód do zdzierania go ze mnie! Krzyknęłam. Babeczka wysunęła się z mojej ręki i opadła na podłogę.
   - Uhu… Okropnie to wygląda.
   - Mogłabyś być delikatniejsza – warknął Daniel.
   - Zrywanie plastra jest jak kończenie związku z psychiczną laską – trzeba to zrobić szybko i niespodziewanie. Uwierzcie mi, psychiczne laski to najgorsze, co można spotkać na swojej drodze.
   - Co to miało być?! – wykrzyknęłam, gdy w końcu odzyskałam zdolność formułowania zdań.
   - Odkleiłam ci plasterek. A teraz jakoś prawidłowo zakryjemy rankę – podśpiewała wesoło, odrzucając moje warkoczyki na drugą stronę szyi. – Co powiesz na nausznicę? A jak ci się zagoi ranka to znowu zrobimy ci helixa. Tym razem żaden kotek nie będzie się nim bawił. Wszystkim powtarzam, żeby nie spali z kotami.
   Już jej nie słuchałam. Patrzyłam tylko na Daniela. Nie miałam pojęcia, co się dokoła mnie dzieje. Kucnął przede mną i złączył nasze ręce na moich kolanach.
   - Bona się na tym zna. Już tyle ranek łatała między członkami zespołu, że po twojej na pewno nic nie zostanie. Po uchu nawet nie będzie widać, jak brutalnie zostało potraktowane. Bardzo mi zależy, żebyś nie musiała o tym pamiętać. Chcę żebyś była szczęśliwa.
   - Będę szczęśliwa mogąc o wszystkim pamiętać.
   Patrzyliśmy na siebie.
   - Czyli mam po prostu porządnie zakleić to plasterkiem? – spytała Bonawentura.
   - Tak, właśnie tak.
   - To co ja mam zrobić z tą połową nausznicy, Motylku?! – wykrzyknęła oburzona. Zarumieniony chłopak wyszeptał jej coś do ucha. – O ty! Ale z ciebie romantyk – zaśmiała się i wróciła do stołu z maszyną.
   - Tylko pamiętaj, że to niespodzianka – uświadomił Bonę, czerwieniąc się jeszcze bardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WS.