poniedziałek, 22 czerwca 2015

~ 07 ~

Rozdział pisany do: Why'd You Only Call Me When You're High - Arctic Monkeys

   Po tym jak za Diabłem zamknęły się drzwi, bez słowa, spojrzenia ani oddechu pognałam do łazienki, w której się zatrzasnęłam, kompletnie zapominając o ledwo żyjącej Frytce. Stanęłam przed lustrem. Nie poznawałam dziewczyny stojącej przede mną. Miała czerwoną twarz, opuchnięte oczy i zaschniętą krew na szyi i barkach. Zapomniałam o wszelkim bólu dopóki nie chlusnęłam sobie wodą utlenioną po otwartej ranie.
   Krzyknęłam.
   Opadłam.
   Płakałam.
   Nie mogłam uwierzyć, że wcześniejszego wieczoru taka szczęśliwa tuliłam się do jego boku, a kilka godzin później wyrwał mi kolczyk z ucha.
   Czułam tylko pulsujące tępym bólem ucho i policzek. Nie myślałam o niczym. Byłam pusta. Zostałam skrzywdzona przez jedyną osobę, którą naprawdę kochałam. Nigdy nie brałam na poważnie tych wszystkich dziewczyn załamujących się z powodu jakiegoś chłopaka. A teraz byłam jedną z nich. I nie chciałam nikogo kto łączyłby się ze mną w smutku, rozumiał mnie czy dawał  jakieś zmyślone rady. Słone łzy mieszały się z metaliczną krwią. Gdy krwawienie ustało zmyłam z siebie resztki rdzawej czerwieni. Zmyłam z siebie ból. Zmyłam z siebie Diabła.
   Po wyjściu z łazienki zobaczyłam Frytkę sprawdzającą czy wszystko w porządku z jej brzuchem. Mogłam dojrzeć ślady po łzach wypływających spod jej zapuchniętych powiek. Podniosła na  mnie swój wzrok. Wyglądała tak jakby się miała za chwilę przewrócić. Przygarnęłam ją do siebie.
   - Jestem w ciąży z moim bratem – wyznała tak cicho, że nie byłam pewna czy nie wyobraziłam sobie jej słów.
   Kiedy do mnie dotarło, że jednak się nie przesłyszałam, nie zdążyłam dobiec do kuchennego zlewu. Zwymiotowałam na podłogę.
   To było okropne. Kazirodztwo. Spazmy obrzydzenia wciąż trzęsły moim ciałem. Teraz rozumiałam dlaczego stała pod moimi drzwiami. Chciała mi się przyznać. Szukała zrozumienia, wsparcia lub po prostu uciekała przed Dominikiem i jego zdradzieckimi dłońmi. Gdybym była na jej miejscu zrobiłabym tak samo.
   Po uporaniu się z bałaganem jaki zrobił mój żołądek, zerknęłam na dziewczynę. Wyglądała tak jakbym odcięła jej wszystkie kończyny i nie pozwalała zemdleć. Miałam nieodparte wrażenie, że czuła się winna całej sytuacji. Było widać w jej źrenicach, że obwiniała siebie o zajście w ciążę, co było wielkim kłamstwem. Ona nie chciała tylko by jej brat ponownie się załamał.
   Podniosłam się z klęczek. Posadziłam ją na kanapie, okryłam kocem i otuliłam własnymi ramionami.
   - Ja… Ja nie mogę przestać, on widzi ją we mnie, on ją tak mocno kocha. To już nie jest normalne. To jakaś choroba. Nie potrafię tego zatrzymać, nie chcę go zranić jak oni wszyscy – łkała w mój rękaw.
   - Cieszysz się? – zapytałam cicho, bojąc się, że każdy najmniejszy hałas ją przerazi jeszcze bardziej.
   W odpowiedzi zaczęła tylko szaleńczo kręcić głową.
   - Cichutko – uspokajałam ją. – Będzie dobrze – starałam się bardziej przekonać siebie, niż ją.


   Zaczęłam składać swoje ubrania. Kilka par majtek, skarpetek i biustonoszy. Wepchnęłam wszystko do pojemnej torby podróżnej. Zmieścił się w niej jeszcze dół od dresu, spodnie i dużo koszulek. Bluzy, swetry i szalik. Torbę i jej zawartość postawiłam w przedpokoju.
   - Co robisz? – usłyszałam głos Frytki. Widocznie już się obudziła.
   - Pakuję się – mruknęłam, wkładając jednocześnie laptop z ładowarką do bocznej kieszeni.
   - Pomogę ci.
   - Dziękuję.
   Patrzyłam na nią z niekrytą wdzięcznością. Chciałam się stąd wynieść jak najszybciej. Nie wiedziałam kiedy wpadnę na Diabła, Dantego czy Dominika. Nie wiedziałam jakbym się zachowała przy spotkaniu z każdym z nich. Myślę, że wszystkich najchętniej bym udusiła wzrokiem. Zaczęłam zbierać potrzebne rzeczy do zabrania ze sobą jeża, ale przeszkodziła mi w tym Frytka.
   - Ja się nim zajmę. Chyba nie będziesz podróżować z klatką.
   - Dziękuję.
   - Powtarzasz się.


   W pociągu przesiedziałam około pięciu godzin. Czas upływał mi na rozmyślaniach. Najbardziej mnie zastanawiało skąd Diabeł wiedział o moim spotkaniu z punkiem. Pewnie mnie śledził. Teraz wiedziałam, że była to jedna z tych rzeczy, do których na pewno był zdolny. Ból uderzonego policzka ciągle wyciskał łzy z moich zaczerwienionych oczu.
   Nigdy mnie nie uderzył. Nigdy. Jedynie dusił drapał i gryzł. Uderzenie. Ono sprawiło, że gorycz jaka mnie wypełniała, przestała się we mnie mieścić. Moje serce przestało znajdować dla niej miejsca, by upchnąć ją niepostrzeżenie. Zastanawiałam się czy ten cios został zadany przez niego, czy może jego zazdrość. Nie potrafiłam zatrzymać potoku słów, które się ze mnie wylewały bez żadnych zahamowań. Całe szczęście byłam sama w przedziale.
   Wysłałam mamie wiadomość, że jest jakiś koncert w Warszawie, na którym musiałam koniecznie być i przy okazji odwiedzę jakąś nieistniejącą koleżankę. Odpisała wieczorem. Powiedziała, że mogę zostać do końca miesiąca i dłużej, jeśli zechcę.
   Chciałam.


   Niełatwo było przeoczyć Daniela. Przewyższającego każdego, co najmniej o głowę. Chudego. Z pięknymi zapadającymi się oczami. Nikt nie potrafił przejść koło niego obojętnie. Podeszłam do niego z przyklejonym sztucznym uśmiechem. Nie zdążyłam wydać z siebie słowa, a on już trzymał mnie w swoich objęciach.
   - O Boże, jak dobrze. Nic ci nie jest. Jesteś cała i zdrowa. Nic ci nie jest – powtarzał w kółko.
   - Cześć, Motylku – powiedziałam załamującym się głosem.
   Nie sprostował moich słów, tylko chwycił moje torby i wyprowadził z tej cuchnącej szczynami przeszłości.


   Daniel mieszkał na obrzeżach zadymionego miasta. Jego rodzice kupili domek jednorodzinny ponad przeciętnych rozmiarów – rzadko w nim jednak przebywali. Pewnie dlatego nie mieli pojęcia w jak okropne sidła choroby wpadał ich syn.
   - Dziś możesz spać w moim pokoju, o ile ci to nie przeszkadza – powiedział, otworzywszy drzwi frontowe.
   Mieszkanie, mimo przytulnego wystroju, wydawało się puste. To chyba z powodu obecności jedynie Daniela. Chłopak wskazał mi salon. Usiadłam sztywno w fotelu.
   - Zjesz coś? Jakąś kolację? Jest już późno – spojrzał wymownie na okno.
   Faktycznie. Zaczęło się robić ciemno. Nie mogłam uwierzyć, że ten okropny dzień zaczynał dobiegać swojego schyłku, a ja miałam oczekiwać w napięciu na wydarzenia następnego.
   - Nie jestem głodna. Może innym razem – odmówiłam grzecznie.
   - Inko, musisz jeść. – Patrzyłam jak jego brwi marszczyły się w wyrazie zatroskania.
   - Tak samo, jak ty – odcięłam i zapaliłam papierosa.
   Daniel usiadł w fotelu naprzeciwko mnie, ja natomiast podciągnęłam kolana pod brodę. Starałam się nie zamarznąć, pomimo gorącego lata zamkniętego w ścianach domu. Za dnia nagrzany słonecznym światłem, oddawał swoje ciepło lokatorom nocą.
   - Możesz mi powiedzieć, co się stało? Rano jeszcze mówiłaś, że nie chcesz uciekać, a teraz… A teraz jesteś tu – zapytał, zapadając się jeszcze głębiej w fotelu. Jego luźno wiszące na biodrach spodnie zsunęły się jeszcze bardziej. Podziwiałam jego idealnie wyrzeźbione rysy całego ciała. Strzepnęłam odrobinę popiołu do przepełnionej już popielniczki leżącej nieopodal mojej ręki.
   - Jak ci się nie podoba, to sobie pójdę – warknęłam.
   - Nie o to chodzi.
   - Więc o co?! – splunęłam ostrym tonem głosu. Zbyt ostrym. A co najdziwniejsze jego oczy złagodniały.
   - Co on ci takiego zrobił, Inko?
   - Uderzył – powiedziałam beznamiętnie. – Tyle wystarczyło bym pragnęła od niego odejść.
   Patrzyłam jak wolnym ruchem przesuwa dłonią po twarzy. Najpierw ukazało się jego czoło. Gęste brwi, cudownie migdałowe oczy, prosty nos, cienkie usta. Nie mogłam przestać się w nie wpatrywać. Zachwycałam się nim. I wtedy wypowiedział mimo wszystko bolesne dla mnie słowa:
   - Jak mogłaś zakochać się w takim potworze.
   - Nie mów tak, nie masz do tego najmniejszego prawa! Poniosło go trochę. Nigdy by mnie nie uderzył. Udusił, owszem, ale nie podniósłby na mnie ręki.
   Przypatrywał mi się sceptycznie.
   - Cały czas go bronisz. Wierzysz chociaż w to co mówisz?
   - Zabiłby mnie bez problemu.
   Z jego twarzy mogłam czytać jak z otwartej księgi. Nie rozumiał tego. Nie rozumiał o czym mówiłam. Czemu pozwalałam się traktować, niczym antystresowa zabawka. Nie potrafił tego pojąć. Nie wiedział, co się kryło w mojej głowie. Sama tego nie wiedziałam, ale przestałam z tym walczyć. Pogodziłam się z tym, że pragnę być pod czyjąś ścisłą kontrolą, że chcę być karana za nieposłuszeństwo, że potrzebuję kogoś, kto będzie się mną opiekował. Kogoś kto stanie w mojej obronie, gdy zajdzie taka potrzeba. I taki właśnie był Diabeł.
   - Przynajmniej jesteś tego świadoma – odrzekł w końcu, po czym wstał zrezygnowany i poszedł do kuchni. Zgasiłam niedopalonego papierosa.
   - Pokażesz mi gdzie jest twój pokój?
   Pokiwał w odpowiedzi głową. Szłam za nim korytarzem. Otworzył przede mną drzwi. Moim zmęczonym oczom ukazało się granatowe pomieszczenie z jednoosobowym łóżkiem, starym biurkiem i szafą zagraconą książkami, papierami oraz nieposkładanymi ubraniami. Ponad niezasłanym łóżkiem na parapecie walały się świeczki i zapałki posklejane zastygłym już woskiem. Podłoga zasłana była pogniecionymi papierami.
   - Całkiem ładnie. – Odetchnęłam głęboko. – Ładnie pachnie. Tak… tobą – powiedziałam wchodząc do środka. Milczał. Odwróciłam się w jego stronę. Jego wystające kości policzkowe zasłane były czerwieniącym się rumieńcem.
   - To tak, jakbyś powiedziała, że ładnie pachnę – wyjąkał. Słyszałam jak jego język się plącze.
   - Bo tak jest. – Na moje słowa zaczerwienił się jeszcze bardziej. – Wiesz czym jest prysznic i używasz naprawdę świetnych perfum.
   Dla podkreślenia swoich słów powąchałam powietrze wokół siebie. Staliśmy w niezręcznej ciszy. Myślałam, że Daniel sam się zorientuje, że ma wyjść. W końcu jednak do mnie dotarło, że raczej sam na to nie wpadnie.
   - Mógłbyś się odwrócić? Chciałabym się przebrać, wciąż śmierdzę pociągiem.
   Patrzył na mnie przez chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał.
   - Powiedzieć coś takiego facetowi, to jak zabronić dziecku patrzeć na wystawę ze słodyczami – mruknął na odchodne.
   Otworzyłam torbę. Wyjęłam z niej o wiele za dużą, czarną bluzę z wyszywanym chińskim smokiem. Chwyciłam ją pod pachę i wystawiłam głowę za drzwi.
   - Masz tu może jakąś łazienkę? – zawołałam w głąb korytarza.
   - Obok kuchni.
   Podążyłam za głosem. Stał przy kuchence i czekał, aż woda się zagotuje. Wskazał łazienkowe drzwi znajdujące się obok lodówki jednocześnie zalewając kubki wrzątkiem. Po całym pomieszczeniu rozlał się gęsty i mocny zapach kawy. Zamknęłam się w łazience. Wskoczyłam pod prysznic. Rozkoszowałam się gorącem wody, która w niezastąpiony sposób rozluźniała moje napięte od godzin mięśnie. Razem z rozwiązującymi się supłami tkanek otworzyła się blokada gruczołów łzowych. Nie potrafiłam łkać, nie miałam na to siły ani ochoty. Po prostu pozwoliłam łzom płynąć i znikać w odpływie razem ze swoimi myślami. W taki sposób oczyszczona sięgnęłam po jeden z zachęcająco wyglądających ręczników i narzuciłam na siebie smoczą bluzę.
   - Pożyczyłam sobie jeden z twoich ręczników – poinformowałam, zamykając za sobą drzwi. Chłopak popatrzył na mnie w dziwny sposób popijając kawę. – Pachnę teraz tak samo jak ty. – Usiadłam na kanapie w salonie. Usłyszałam tylko jak Motylek się krztusił.
   Roześmiałam się w głos. I tak samo nagle jak zaczęłam się uśmiechać, przestałam. Nie mogłam do siebie dopuścić możliwości radości w dniu takim jak ten. Mimo wszystko rozsiadłam się wygodnie. Po chwili Daniel podał mi parujący kubek. Podziękowałam i poklepałam miejsce obok siebie, gdy wyglądał tak jakby nie wiedział, co ze sobą zrobić. Co było dość zabawne zważywszy na to, iż znajdował się w swoim własnym domu. W końcu spoczął obok mnie. Siedzieliśmy w ciszy sącząc zawartość swoich kubków.
   - Co zamierzasz z tym wszystkim zrobić? – przerwał milczenie.
   - Nie wiem – odpowiedziałam z ociąganiem. Pokiwał głową. Tym razem ja się odezwałam po dłuższej chwili.
   - Jak długo mogę tu zostać? Tylko proszę cię o szczerą odpowiedź.
   Teraz on zwlekał.
   - Jak długo zechcesz. Rodziców nie ma, a jeśli się pojawią, to możesz się przydać. Może wtedy w końcu przestaną myśleć, że jestem gejem.
   Ponownie pogrążyliśmy się przestrzeni bez słów.
   - Naprawdę biorą cię za geja?
   - Tak, jeszcze nigdy nie widzieli mnie z dziewczyną.
   - Skoro tak często tu przebywają – sarknęłam.
   - Zazwyczaj nie wpuszczam dziewczyn do domu.
   Przysunęłam kubek do ust.
   - Pierwszy raz? – poruszyłam sugestywnie brwiami. Chłopak pokazał swoje równe zęby w szerokim uśmiechu. Kąciki jego oczu uniosły się nieznacznie.
   Spojrzał na mnie i nie wiadomo czemu, dzięki temu spojrzeniu poczułam się pewniej. Bez zastanowienia oparłam swoje nogi na jego kolanach. Przełknęłam łyk gorzkiej kawy czekając na jego reakcję. Odstawiłam kubek na podłogę obok kanapy. Niepewna ręka Daniela spoczęła na mojej łydce. Udając, że niczego nie zauważyłam zapaliłam kolejnego papierosa. Strzepnęłam popiół do kubka, by ponownie przytknąć go do ust, w momencie, gdy dłoń coraz odważniej posuwała się do przodu. Łydka, kolano i powrót do stopy. Moje płuca przyjęły kolejną dawkę dymu, a palce u stóp akceptowały porcję nieznacznych pieszczot.
   Zmęczony umysł nie zarejestrował chwili, w której przeniosłam się na kolana Daniela. Chociaż śmiem powątpiewać czy zrobiłam to sama. Papieros wysunął się z moich nieświadomych palców i wpadł do jego kubka z kawą, dryfując po jej powierzchni. Zdezorientowana wydmuchałam szarą smugę mgły prosto w jego twarz. Szybko poszedł w moje ślady i odstawił swój kubek obok mojego. Spoglądając na mnie niepewnie dotykał moich kolan, pytając bez słów, sprawdzając na ile mu pozwolę. Moje oczy musiały być ogromne. Ręce zwisały luźno wzdłuż moich boków. Palce jednej z nich splótł ze swoimi. Gładził jej wnętrze.
   - Nie mogę – chciałam się odsunąć, lecz on mi na to nie pozwolił. – Nie chcę cię wykorzystać, jako chłopaka jedynie do pocieszenia – zaprotestowałam. – Powinnam się wstydzić.
   - To ja powinienem się wstydzić – przerwał mi. – Mam zamiar wykorzystać twój kryzys.
   Patrzył na mnie twardo. Zagryzłam dolną wargę, by zapobiec łzom wzbierającym pod moimi powiekami. Nie dałam rady ich powstrzymać. Rozpłakałam się bez konkretnego powodu. Tak po prostu. Tak po prostu przytuliłam się do Daniela, szukając ukojenia w jego ramionach. Jego serce biło w taki cudowny i spokojny sposób. Po czasie, nie wiem jak długim, moje policzki oschły. Nie podniosłam jednak głowy z jego piersi.
   - Zgadzam się. – Czułam jak wstrzymał oddech. – Pozwalam ci to wszystko wykorzystać, Motylku.
   Tak po prostu zamieniłam się w papierosa na tafli wzburzonej kawy. Lecz moje gorzkie morze uspokajało się z każdym wspólnym oddechem.

2 komentarze:

  1. Dlaczego wrzucasz posty tylko w poniedziałki :-( . Nie przeczytałam tych 7 rozdziałów, lecz je dosłownie pochłonęłam. Już nie potrafię się doczekać dalszej części. Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z chęcią wrzucałabym je częściej, ale cierpię na pewną przypadłość. A mianowicie uwielbiam sprawdzać czy wszystko jest tak napisane, jak tego chcę, jak to widzę. Przynajmniej w połowie. Pilnowanie by nie było błędów, choć mimo wszystko jakiś zawsze się uchowa, pochłania dużo mojego czasu. Staram się by wszystko było zrozumiałe i przyjemne w czytaniu, lecz przeważnie mogłoby być więcej, bardziej, mocniej, dobitniej, intensywniej.
      Cieszę się, że pozyskałam kolejną czytelniczkę. Mam nadzieję, że mimo nieczęstych rozdziałów zostaniesz do końca.

      Usuń

© Agata | WS.