Właściwie to nie powiedziałam mu prawdy. Nie
myślałam już praktycznie o jego zdradzie. Nie myślałam o niej od dawna.
Przypomniałam o niej sobie dopiero dziś. Martwiłam się nią tylko wtedy, kiedy
ktoś mi o niej przypominał.
Zamknąwszy drzwi od kawiarenki skierowałam
się w stronę pobliskiej księgarni. Znalazłam Motylka czytającego jedną z książek fantasy w zagłębi kącika dla
czytelników. Pojawiłam się przed nim nagle. Odciągnęłam książkę i siadłam na
jego kolanach mocno całując. Musiałam pozbyć się jakoś złości krążącej po moim
ciele. Gładziłam jego ramiona i kompletnie nie przejmowałam się, że musimy
przyciągać niemałą uwagę. Wpijałam się jego usta raz za razem. Drażniłam
językiem.
– Inko, on patrzy – wyszeptał w moje gorące
usta. Zignorowałam go i przekraczałam kolejne granice.
Chciałam więcej. O wiele więcej.
– To nie jest odpowiednie miejsce. Zabierz
mnie do domu – powiedziałam na wydechu i z powrotem przylgnęłam do jego ciała.
Gdy tylko drzwi frontowe jego domu się
otworzyły, popchnęłam Daniela na najbliższą ścianę. Całowałam jeszcze bardziej
zdecydowanie i zachłannie niż w księgarni kilka chwil wcześniej. Nie pozwalałam
mu dojść do słowa, a sobie nie pozwalałam myśleć o niczym poza swoją złością.
Zdarłam z siebie kurtkę i odrzuciłam ją w kąt razem z myślą zaprzestania i
przemyślenia wszystkiego na chłodno. Wplotłam palce we włosy chłopaka i choć
zdawał się, że to już niemożliwe przyciągnęłam go jeszcze bliżej. Zsunęłam
bluzę z jego ramion razem z koszulką i za pasek od spodni pociągnęłam do
sypialni. Chciałam to załatwić szybko, bez żadnych dyrdymałów.
Motylek wcale się nie opierał, chociaż
domyślałam się, że jest tym wszystkim
zaskoczony tak samo jak ja. Podczas drogi przez cholernie długi korytarz
zostałam okradziona z bluzki oraz biustonosza, a moje warkoczyki zostały
uwolnione z władczych więzów jednej z frotek do włosów. Za drzwiami sypialni
cisnęłam swoje spodnie na zimną podłogę i pociągnęłam Daniela za sobą na
wyczekujące nas łóżko.
Pragnęłam by wszystko mieć już za sobą. By
móc tryumfować nad Diabłem. Zadać mu cios. Dać do zrozumienia, że też potrafię
ranić i kąsać. Że nie jest jedyny. Że nie jestem tylko jego. Chciałam by poczuł
ból podobny do mojego. W tamtej chwili myślałam tylko o brutalnej zemście za
zdradę, która zaczęła boleć dopiero dziś – nigdy wcześniej tego nie
roztrząsałam – za policzek, za wszystkie moje cierpienia. A jedyną metoda dla
osiągnięcia swojego celu była tuż przede mną. Na wyciągnięcie ręki, a raczej
rozłożenie nóg. Oczywiście nie myślałam racjonalnie. Miałam plan, przysłonięty
kipiącą wściekłością.
Przyglądałam się tylko jak Motylek ogołaca
mnie ze skarpetek. Dzieliły nas tylko moje majtki i jego spodnie. Chciałam je z
niego zedrzeć i nie przeciągać nieuniknionego, w obawie przed przejrzeniem na
oczy i wycofaniem się. Choć raz chciałam coś doprowadzić do końca. Chłopak
przycisnął mnie dłonią z powrotem do posłania, gdy moje zdradzieckie dłonie
dobierały się do jego rozporka. Jego oczy kazały mi zwolnić, ale ja chciałam
tylko przyspieszyć. Nacisnąć sprzęgło, ruszyć skrzynię biegów i patrzeć jakie
ślady zostawiam za sobą i czy wyrobię się na następnym zakręcie. Prosiłam by
przestał się ograniczać.
Kiedy leżałam pod nim naga, jego ręka
błądziła między moimi udami, a moje biodra napierały na jego dłoń, spojrzał mi
w oczy. Jego twarz przeciął wyraz bólu. Musiał w nich dojrzeć to o czym
myślałam. Musiał zobaczyć, że chcę go wykorzystać by odegrać się na Diable.
Sprawić by cierpiał za pomocą Daniela. Że tak naprawę nie chciałam tego robić i
nie byłam gotowa, a jedynie przyćmiona nadmiarem emocji.
Chłopak odsunął się ode mnie, a ja zdziwiona
uniosłam się na łokciach.
– Czemu przestałeś? – zaprotestowałam.
– Bo byś mnie znienawidziła – powiedział
cicho podając mi koszulkę, w której zwykłam spać.
– Niby za co?
– Żałowałabyś. Za to. – Machnął koszulką
przed moim nosem. – Ubierz się.
Ze łzami w oczach wciągnęłam ubranie na
siebie i rzuciłam się na chłopaka z pięściami.
– A więc to tak? Chciałeś mnie uwieść, a
potem zostawić! Fajnie się patrzyło? Mam nadzieję, że zabawę miałeś przednią.
Ciekawe kto pierwszy się o tym dowie. Może polecisz z tym do Diabła, co?
Zmówiliście się? Chcieliście mnie upokorzyć?! To się wam udało. Gratulacje,
dupku – w przerwach między słowami zadawałam mu ciosy chwiejnymi nadgarstkami.
– Gratulacje…
Objął mnie ramionami i przyciągną do siebie.
Kołysał nami delikatnie na boki, póki nie ochłonęłam. Szeptał ciche i spokojne
obietnice. Przeprosiny. Kiedy w końcu
się uspokoiłam spytał co sprawiło, że zdenerwowałam się na tyle by podjąć takie
a nie inne kroki.
Przypomniałam sobie, jak to się, stało, że
poznałam Daniela. Co wtedy się działo w moim świecie. Oczywiście chłopakowi
nigdy nie powiedziałam, jak bardzo burzliwy okres przechodziło moje życie.
Byłam w Warszawie. Spieszyłam się na
spotkanie autorskie z jedną z pisarek, która zmieniła moje podejście do
większości rzeczy. Chciałam posłuchać, co ma do powiedzenia i czy osobiście
jest tak samo niesamowitą osobą, jaką ją sobie wyobrażałam.
Jak zawsze byłam spóźniona. Pociąg nie
dojechał na czas, autobus stał w korku, kierowca nie chciał przepuścić na
przejściu, zgubienie się w wielkim mieście i jeszcze to… zderzenie.
Pospiesznym krokiem przecinałam chodnik.
Zapamiętale pocierałam oko, podrażnione soczewką. Nie patrzyłam, gdzie idę ani
jak idę – po prostu parłam przed siebie. Gdy nagle zderzyłam się z czymś
twardym. Takim samym impetem z jakim wpadłam na przeszkodę, zostałam od niej
odbita. Z głową cały czas spuszczoną wybąkałam ciche:
– Przepraszam, coś mi wpadło do oka.
– To pewnie ja – nadeszło do mnie z góry
niesione przyjemnym męskim głosem.
Nie dosłyszałam, więc poderwałam głowę i
spytałam.
– Słucham?
Chłopak stojący przede mną zarumienił się i
odwrócił wzrok. Położył zakłopotany dłoń na karku i przeczesał nią swoje
kręcone loki. Przyglądałam mu się z ręką przy swędzącym oku i czekałam, aż
powtórzy to co powiedział.
– Chodziło mi o to, że tobie coś wpadło do
oka i, że może to byłem ja. To był żart. Przepraszam, jeśli cię uraził.
Stałam przez chwilę i nie wiedziałam jak
zareagować. Przecież mam już chłopaka. Ale skoro to był żart… Najlepszy w
takich sytuacjach był śmiech. Stary, dobry, szczery śmiech. Taki od serca.
Pamiętam, że od dawna się wtedy nie śmiałam. Wszystko tylko psuło mi nerwy.
Skorzystałam z tego, że na kogoś wpadłam i
zapytałam się nieznajomego o drogę. Jak się okazało szłam w złym kierunku i owy
nieznajomy też podążał na spotkanie. Odprowadził mnie. Po drodze sporo
rozmawialiśmy i żartowaliśmy. A uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Byłam
szczęśliwa pierwszy raz od bardzo dawna.
Po spotkaniu literackim jeszcze długo
rozmawialiśmy w księgarni i żadna siła nie mogła nas ściągnąć do domów. To on
poradził mi bym wybaczyła Diabłu. Bym go wysłuchała i dała mu szansę. Oczywiście pod warunkiem, że
naprawdę znaczy dla mnie wiele.
Pewnie dlatego Motylek tyle dla mnie ważny.
Nigdy nie powiedziałam Danielowi, co wtedy
działo się w moim mieście. Ile stresu musiałam codziennie przeżywać. Jak bardzo
martwiłam się o najdrobniejszą rzecz. Nie wiedziałam, co robić. Nie miałam z
kim porozmawiać. A osoba, która powinna być moim wsparciem tylko przysparzała
mi kłopotów.
W szkole nie byłam lubiana. Przez te
wszystkie lata nieustannych zmian placówek wciąż nie potrafiłam znaleźć
prawdziwej przyjaciółki. Wszystkie dziewczyny były tak samo płytkie. Liczyły
się tylko włosy, paznokcie i torebki ściągane prosto z wybiegów. Nie potrafiłam
udawać, że jestem taka sama. Wiele lat byłam gnębiona z powodu swojej karnacji.
Tak było i w tym roku. Nikt nie rozumiał, że kolor mojej skóry jest rzeczą,
której nie potrafię zmienić. Ale nie dawałam się złamać. Z każdym obraźliwym
słowem lub zdaniem utwierdzałam się w znaczeniu, że ludzie są najpodlejszymi
istotami jakie istnieją. Byłam nękana za swój kolor. Z początku byłam brana za
biedną dziewczynę za co byłam męczona. Gdy wychodziło na jaw, że wcale taka nie
jestem, znęcano się nade mną, bo miałam pieniądze. Za dobre oceny. Za pewność
siebie. Za to, że się nie poddawałam i cały czas walczyłam.
Z Diabłem spotykałam się od wieczoru w
klubie. Było to kilka dni po moich
piętnastych urodzinach. Zdążyliśmy się poznać. Moje serce zapałało silnym
uczuciem i nie zwracało uwagi na charakter Diabła. Było w nim zakochane i
koniec. W końcu i ja przestałam z tym walczyć. Ale nie przyznałam się do tego
przed chłopakiem. Nie mówiłam też mu o sytuacji w szkole. Nie chciałam by sam
zrozumiał, że jestem ciemnoskóra. Bałam się, że kiedy mu o tym powiem, dotrze do
niego, że nie chce się ze mną zadawać. Wtedy, świeżo zakochana, nie przeżyłabym
rozstania. Gnębiłam więc wszystko w sobie.
W grudniu – cztery miesiące po naszym
pierwszym spotkaniu – dowiedziałam się czegoś okropnego. Czegoś, co mnie
złamało. Spotkałam się z Diabłem tuż przed świętami by wręczyć sobie prezenty.
Siedzieliśmy w jedynej czekoladziarni w mieście. Nie mogłam usiedzieć w
miejscu. Byłam tak bardzo szczęśliwa, że
coś w moim życiu się udaje. Że jest ktoś, kto nie uznaje mnie za gorszą i nic
niewartą. Od Diabła w prezencie dostałam dużego pluszowego misia, który ledwo
mieścił się w moich objęciach. Martwiłam się, jak wrócę z takim ogromnym
pluszakiem do domu. Na zewnątrz padały firany śniegu, przypominające mi te
długie i ciężkie w teatrach, przez które nigdy nic nie widać. Takie same były
te za oknem. Bałam się, że prezent się zniszczy, a w końcu chłopak wydał na
niego znaczną część swojej wypłaty. Kiedy ja dałam mu jego prezent uśmiechną
się do mnie i odstawił go na bok. Długo musiałam go namawiać by go otworzył.
Gdy w końcu zdarł świąteczny papier jego oczy błyszczały, jak szalone.
Wiedziałam, że uwielbia poezję. Sprawiłam mu, więc tomik, o którym opowiadał mi
od dawna z autografem od autora. Złapał mnie wtedy za dłoń i nie puszczał, aż
do momentu, gdy poszedł uregulować rachunek za nasze gorące czekolady.
Zostawił telefon na stole. I na jego
nieszczęście ktoś dzwonił. Oczywiście nie odebrałam. Ale ktoś był widocznie
zdesperowany, bo dzwonił i dzwonił, a Diabeł nie wracał. Kolejka był całkiem
długa, więc nie liczyłam na jego szybki powrót. Kiedy telefon zadzwonił znowu
postanowiłam odebrać i poinformować desperata, że Diabła nie ma w pobliżu. Ale
gdy tylko wzięłam aparat do ręki przestał dzwonić, a na ekranie pojawiła się
wiadomość.
Nie wiem czemu nie
odbierasz, kotku. Kupiłam sobie świąteczny czerwony komplet bielizny. Ten co
tak ci się podobał. Już nie mogę się doczekać wieczora, spotkania z tobą i
twoim… dużym przyjacielem.
Twoja ukochana i
zawsze spragniona. Całusy.
Coś we mnie pękło. Nawet słyszałam jak tego
kawałki rozsypywały się na dnie mnie. Odłożyłam telefon ostrożnie na blat, w
obawie, że nie trafię, gdyż z nieznanych mi powodów obraz zaczął mi się
zamazywać.
Kiedy wstawałam od stołu moje roztrzęsione
ręce strąciły na ziemię jeden z kubków. Pękł tak samo ja. A jego szczątki, tak
samo jak moje, leżały i prosiły o pozbieranie. Ale nikt się nie zjawił by to
zrobić. A może jednak ktoś przyszedł. Może to ja zbyt wcześnie wybiegłam.
Pamiętam, że śnieg uderzał w moją twarz bez
litości. Mroził łzy, które jeszcze nie zdążyły wypłynąć. Dusił szloch w gardle
i odbierał dech. Wpadał do płuc wywołując ucisk w klatce piersiowej. Czułam się
jakbym tonęła. Tonęła w śniegu i zawiedzeniu. Całą mną wstrząsały torsje
smutku.
Pamiętam, że przysiadłam za jakimś
budynkiem. Nie byłam pewna tego, co robię ani, co się dzieje dokoła mnie.
Wiedziałam tylko, że moje nogi dalej mnie nie zaniosą. Trzęsły się zbyt mocno,
by stawiać kolejne kroki. Drżałam. Z zimna, ale nie było nikogo, kto mógłby
ogrzać moje marznące serce. Zamarzały nawet myśli.
Siedziałam, a śnieg rósł wokół mnie. W
pewnym momencie moje myśli się otrzeźwiały. Skończyła się żałoba. Podniosłam się
niczym maszyna. Zebrałam w sobie wszystkie siły jakie mi zostały i ruszyłam do
domu. Zamknęłam za sobą drzwi. Kilkakrotnie sprawdzałam czy przekręciłam
kluczyk. Napuściłam gorącej wody do wanny i zanurzyłam się w niej po szyję.
Byłam spokojna. Zaczynałam sobie nawet
wszystko układać w głowie, ale wtedy zaczął się dobijać do drzwi frontowych.
Byłam sobie wdzięczna, że dokładnie je zamknęłam. Słyszałam jak krzyczał, jak
przepraszał i błagał. A z każdym jego słowem spokój jaki wewnątrz mnie panował
upadał.
Święta spędziłam z mamą w jej pracy.
Zaprowadziła mnie na kolację dla pracowników. Starałam się grać idealną i
szczęśliwą córkę, co chyba dobrze mi wychodziło, gdyż inni prawili komplementy
odnośnie mojego wychowania. Oczywiście nie obyło się bez krzywych spojrzeń i
paru niesmacznych komentarzy, ale byłam już do tego przyzwyczajona i nic sobie
z tego nie robiłam.
Przez prawie miesiąc musiałam funkcjonować
bez telefonu. Diabeł cały czas wydzwaniał i pisał. Miałam dość usuwania
wiadomości i odrzucania połączeń. Mimo wszystko wolałam wyłączyć telefon, niż
zablokować jego numer lub zrobić cokolwiek innego. Z początku jego głos
nagrywający się na pocztę głosową za każdym razem doprowadzał mnie płaczu i
otępienia.
Na początku stycznia pojechałam z mamą do
Warszawy na spotkanie autorskie. Jak zwykle po drodze spotkała starych znajomy,
więc dalej musiałam radzić sobie sama. Wtedy poznałam Daniela, który rozjaśnił
mi w głowie.
Po powrocie do domu odwiedziłam Diabła w
jego pracy. Siedział przy kasie ze spuszczoną głową. Nawet na mnie nie spojrzał
gdy weszłam. Podeszłam cicho do lady. Nawet nie drgnął. Na kolanach trzymał
tomik poezji, który kupiłam mu na urodziny. Zastukałam delikatnie palcami w
szklany blat. Drgnął jakby dopiero teraz się zorientował, że jest tu ktoś poza
nim. Patrzył na mnie i chyba długo nie mógł uwierzyć, że przed nim stoję.
Pozwoliłam mu wszystko wytłumaczyć. Diabeł
musiał pilnować sklepu, a ja chciałam znać odpowiedzi na nękające mnie pytania.
Nie pozostawało nam nic poza odrobiną prywatności na zapleczu. Dowiedziałam się
wszystkiego czego chciałam.
Bardzo mu na mnie zależało. Tak bardzo, że
nie chciał się z żadną rzeczą spieszyć. Nie chciał na mnie naciskać. Chciał bym
stawiała kroki w swoim tempie, w końcu byłam taka młoda. Czerwoną kobietę – bo
tak zwykłam o niej myśleć – poznał, jeszcze przede mną. Nie nadawała się do
niczego, tylko do łóżka, mówił. Kiedy był zły dzwonił do niej i… się spotykali.
Ale odkąd poznał mnie zadzwonił do niej tylko dwa razy. Raz – by się ze sobą
przespać, a drugi – by powiedzieć, że wszystko między nimi skończone, że
znalazł mnie i niczego więcej nie potrzebuje. Fakt, że raz się z spotkali i
robili to, co robili mimo wszystko bolał. W głębi duszy cały czas miałam
nadzieję, że to była tylko pomyłka. Jakieś drobne nieporozumienie. A najdłużej
wierzyłam, że wszystko sobie tylko wyobraziłam.
Zapytałam się go dlaczego postanowił się z
nią spotkać ten jeden raz. Długo zwlekał z odpowiedział. Ewidentnie było mu
głupio z tego powodu i nie miał pojęcia jak mi to wytłumaczyć. Podobno poczuł
„potrzebę”. Byłam zawiedziona, że kierowały nim takie zwierzęce instynkty.
Ale wybaczyłam mu. Przez jakiś czas jeszcze
nie mogłam się pozbierać, ale mu wybaczyłam i wróciliśmy do siebie. Miałam
pewność, że drugi raz nie zrobi mi czegoś takiego. Miesiąc rozstania był dla
niego i dla mnie bardzo bolesny.
W wielkim skrócie przedstawiłam wszystko
Danielowi. Tulił mnie cały czas i nie puszczał. Gładził po włosach i trzymał za
drżące ramiona.
– Dlaczego na samym początku mi nie
powiedziałaś, że facet cię zdradził? Dlaczego skłamałaś, że pokłóciliście się o
jakąś pierdołę? – nawiązał do naszego pierwszego spotkania.
Nie odpowiedziałam, tylko wtuliłam się w
niego jeszcze bardziej. Otuleni swoimi ramionami spędziliśmy całe lata. Mijały
pory roku, a my starzeliśmy się razem w swoich objęciach. Składaliśmy sobie
obietnice, które nigdy nie zostaną dotrzymane, ale tylko one trzymały mnie przy
realiach. Chciałam zanurzyć się w oceanie własnych wspomnień. Chciałam móc je
przewijać jak stare kasety filmowe. Wyczekiwać czarno–białych mrówek na
ekranie. Zatrzymywać się kiedy chcę i cofać by przeżywać wszystko od nowa. Ale
jedna wciąż trzymała mnie przy rzeczywistości.
„Wyzdrowieję” – cały czas błąkała się po
moich myślach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz