czwartek, 24 września 2015

~ 19 ~

rozdział pisany do: ---, ---, ---

Rozdział nie został sprawdzony.



14 sierpnia, piątek
   Codziennie chodziłam do Kairosa i jego właściciela. Pomagałam starcowi w gospodarstwie ile tylko mogłam. Mężczyzna z każdym dniem wyglądał i czuł się coraz gorzej. Wyglądało na to, że faktycznie nie dużo już mu zostało, ale jakby był szczęśliwy, że znalazł kogoś kto zająłby się Kairosem. Raz nawet wypleniłam ogródek w przeszłości prowadzony przez jego żonę. Koń pozwalał mi siebie dotykać, a nawet czyścić. Kolejnym krokiem, który planowałam było spróbowanie dosiąścia go. Ale chciałam mieć pewność, że nie skończy się to tragedią ani dla mnie, ani dla zwierzęcia.
   Diabeł dzwonił do mnie raz dziennie i prosił o kolejne spotkanie, ale ja się nie zgadzałam. Przez te jego ciągłe namowy nie byłam w stanie samodzielnie przemyśleć sprawy. Bałam się, że wrócę do niego zanim będę na to gotowa. A to wszystko przez jego ciągłe starania.
   Jego telefony wpływały negatywnie na moje kontakty z Danielem. Choć usilnie próbowałam temu zapobiec, chłopak się ode mnie odsuwał. Często zostawiał mnie samą w domu. Wtedy wychodziłam do gospodarstwa właściciela Kairosa. A gdy wracał, a robił to coraz później, nie chciał ze mną rozmawiać. Wiedziałam, że stara się mnie ignorować by nie cierpieć tak bardzo przy moim odejściu, ale czułam, że przez to będzie cierpiał tylko bardziej i bardziej.


18 sierpnia, wtorek
   Diabeł cały czas się do mnie dobijał. Nie chciał zrozumieć, że potrzebuję czasu. Stawał się coraz bardziej nachalny – jak wcześniej. Nie winiłam go za to, ale nie byłam też z tego zadowolona.
   Motylek zaczął kompletnie mnie unikać. Wychodził wcześnie rano i wracał późnym wieczorem. W końcu tego nie wytrzymałam i kiedy wróciłam po lonżowaniu Kairosa złapałam go w progu salonu. Poprawiał na niej poduszki do spania i rozkładał dodatkową kołdrę.
   – Dlaczego ciągle mnie unikasz?
   – Unikam? – odwrócił ode mnie wzrok i wrócił do przerwanej czynności.
   – Tak, odkąd rozmawiałam z Diabłem unikasz mnie.
   – Wydaje ci się.
   Pokiwałam głową i zagryzłam boleśnie dolną wargę.
   Tej nocy nie mogłam zasnąć.


20 sierpnia, czwartek
   Gdy tylko się obudziłam wiedziałam, że stało się coś złego. Najbardziej przerażało mnie, że nie wiedziałam jak bardzo złe mogło to być. W domu nie zastałam śladu po Danielu, nawet najdrobniejszej karteczki. Podenerwowana szybko się ubrałam.
   Wybiegłam przez frontowe drzwi i pognałam do gospodarstwa starca. Gdy tylko przerzedziły się drzewa dojrzałam Kairosa panikującego na pastwisku. Latał od jednego końca płotu do drugiego. Machał łbem i znów gnał przez pole. Podbiegłam do niego i pogładziłam uspokajająco po chrapach. Niewiele to dało. Koń zaczął przeraźliwie rżeć i kręcić się w miejscu.
   Zostawiłam zwierzę i pobiegłam dalej do domu. Stała przy nim karetka i czarny drogi samochód. Wyglądał jak ściągnięty z okładek gazet o sportowych autach. Drzwi karetki zamknęły się tuż przed moim przyjściem. Ledwo mogłam zobaczyć zakryte nosze przez półprzezroczystą szybę.
   – Co się stało? Gdzie go zabieracie? – zapytałam jednego z sanitariuszy.
   – Jest pani z rodziny? – Pokiwałam w odpowiedzi głową. Mężczyzna przyglądał mi się niechętnie. – Rano znaleziono ciało pani…
   – Dziadka – podsunęłam na prędce.
   – Rano znaleziono ciało pani dziadka – kontynuował. – Prawdopodobnie zmarł na zawał serca. Wszystko zostanie ustalone po sekcji.
   – Jak to zmarł?! Kto go znalazł?! Nikt tu poza mną nie przychodzi!
   – Proszę się nie denerwować. Wiem, że to dla pani trudne. Proszę porozmawiać z ojcem.
   – Co teraz będzie z gospodarstwem? Co z koniem? Oni będą chcieli wszystko sprzedać.
   – Przykro mi, ale to już nie jest moja sprawa.
   Patrzyłam za mężczyzną, kiedy wsiadał do karetki na miejsce pasażera.


   Podeszłam do mężczyzny w idealnie skrojonym czarnym garniturze stojącego na uboczu z telefonem w ręce. Domyśliłam się, że to pewnie domniemany kochający syn.
   – …Czyli jest pan zdecydowany? Świetnie, dom jest tego wart. Jeszcze dziś przyślę do pana swoją asystentkę ze wszystkimi dokumentami do podpisania. Mam nadzieję, że będzie pan zachwycony.
   Mężczyzna chyba mnie dostrzegł, bo odwrócił się i zakończył rozmowę z grymasem niezadowolenia na twarzy obiecując, że zadzwoni.
   – Jak panu nie wstyd! – splunęłam. – Sprzedawać majątek ojca, który tak ciężko pracował by go utrzymać – wyrzucałam z siebie słowa przez słone łzy.
   – Jesteś nikim by mnie osądzać, młoda damo – odrzekł chłodno, poprawiając poły marynarki.
   – To pan jest nikim.
   Dostrzegłam w jego twarzy podobieństwo do starca. Mieli podobne nosy, ale oczy odziedziczył po matce. Gdyby nie wieczne niezadowolenie, które zarosło na jego twarzy mógłby uchodzić za przystojnego.
   – Jakim prawem zwracasz się do mnie w taki sposób?
   – Nie pozwolę panu tego sprzedać! To znaczyło dla pańskiego ojca zbyt wiele!
   – A teraz mój ojciec jest martwy, a ty nie masz tu nic do gadania, smarkulo. Wszystko jest sprzedane. Mam już kupca na dom, a to bydle – wskazał z obrzydzeniem podbródkiem w stronę szalejącego z rozpaczy Kairosa – zostanie w przyszłym tygodniu odebrane przez rzeźnika. Dlatego radzę ci się nim nacieszyć ile możesz, dziecinko.
   Patrzyłam na niego w osłupieniu, jak wsiadał za kierownicę drogiego auta, nie mogąc uwierzyć, że można być tak wypranym z uczuć.


   Długie godziny starałam się uspokoić cierpiące zwierzę, ale w jego oczach wciąż przewijały się te same uczucia.
   Ból.
   Strach.
   Miłość.
   I najbardziej mnie uderzające – błaganie.


   Wieczorem, gdy było już ciemno, a temperatura gwałtownie spadła zadzwonił mój telefon. Podniosłam głowę opartą o pień drzewa rosnącego na pastwisku i spojrzałam na ekran.
   Odebrałam bez wahania.
   Nie dałam się mu nawet przywitać, tylko od razu zaczęłam zawile tłumaczyć całą historię. Niestety mój język plątał się zbyt mocno bym mogła przekazać to co miałam w głowie. Dlatego niedługo później zobaczyłam jak do mnie podchodzi. Otula swoją kurtką i pomaga wstać.
   – Nie zostawię tu Kairosa, nie w takim stanie. – Zwierzę wciąż krążyło po pastwisku jakby próbowało się uwolnić i trafić do swojego właściciela.
   – Spokojnie, da sobie do jutra radę. Musi.
   – Ale nic dziś nie jadł.
   W odpowiedzi uniósł siatkę pełną marchewek, jabłek i suchego chleba. Wysypał wszystko przy krawędzi pastwiska i wrócił do mnie.

   – Chodź, jesteś cała przemarznięta. Jutro tu wrócimy. Obiecuję. Sam tego dopilnuję.

1 komentarz:

  1. Nie musisz sprawdzać rozdziałów i tak ilość błędów jest minimalna. Tylko nie trzymaj tak długo w niepewności.

    OdpowiedzUsuń

© Agata | WS.