21 sierpnia,
piątek
Obudziłam się otulona silnymi ramionami. Do
moich nozdrzy dotarł tak dobrze mi znany zapach. Wtuliłam się w szeroką pierś
by spróbować zasnąć ponownie. By nie myśleć. By wierzyć, że wszystko było tylko
złym snem.
Nie mogłam tego zrobić. Morfeusz nie chciał
mnie z powrotem w swojej krainie. Dawał mi do zrozumienia, że spędziłam w niej
zbyt wiele czasu. Bałam się, że wszystko mnie dopadnie. Zaatakuje wystarczająco
niespodziewanie by odebrać mi oddech urywanym szlochem. Ale ramiona mocno mnie
trzymały i nie pozwalały by cokolwiek mnie skrzywdziło. Byłam im za to wdzięczna.
Uniosłam lekko powieki. Moje oczy spotkały
się ze spojrzeniem błękitnych, prawie niewidocznych tęczówek, które jakby
zabłysły na spotkanie z moimi. Po raz kolejny zaczęłam w nich tonąć.
Intensywność i jednoczesna bladość ich koloru wciągała mnie powoli. Poddawał
się temu uczuciu. W tamtej chwili chciałam zniknąć. Chciałam przestać czuć, a
to spojrzenie pozwalało mi na to. Kiedy chłód błękitu otulał moje ciało czułam
się lekka. Zaczęłam oddalać się od swojego ciała, swoich myśli i problemów. Już
prawie tam byłam, już prawie wszystko zniknęło włącznie ze mną. Wtedy powieki
opadły.
Zasmucona porażką przeniosłam spojrzenie na
lekko rozchylone usta. Jak zawsze, gdy na nie patrzyłam, owładnęła mnie
potrzeba poczucia ich na swoich. Chociażby w najdelikatniejszym pocałunku. Ale
to nie był czas na słodkie pocałunki. Musiałam znaleźć sposób na pozbieranie
się. Musiałam uratować Kairosa. Na samą myśl, co go czeka ból uderzał prosto do
mojego serca.
Usiadłam.
Znajdowałam się w eleganckim wnętrzu. Łóżko,
na którym leżałam okryte było drogą pościelą w złote wzory. Ściany otulały się
wodnistą zielenią nasuwającą mi na myśl pola, przez które galopowałam razem z
Siwką w swoim mieście. Z sufitów zwisały długie i ciężkie firany zasłaniając
okna. Odwróciłam się do mężczyzny leżącego obok i zaczęłam się zastanawiać skąd
wziął na to wszystko pieniądze. Przecież pracował w małej księgarni, a nocleg w
takim miejscu na pewno kosztował więcej niż jego pensja. Ale nie to było teraz
najważniejsze.
Wstałam i rozsunęłam zasłony, i wpuściłam do
sypialni odrobinę słońca.
- Muszę tam wrócić.
Odwróciłam lekko głowę w stronę Diabła,
wciąż stojąc przy wysokim oknie.
- Rozumiem - odrzekł.
Wpatrywałam się w widok za idealnie
przejrzystą szybą. Miasto wciąż jeszcze się nie obudziło. Młodzi zbierali
swoich nieprzytomnych przyjaciół z chodników. Starzy natomiast pielęgnowali
swoje odwieczne związki pod ciepłymi pieleszami. Jedynie biznesmani zdawali się
nie wiedzieć, która jest godzina i tańczyli na chodnikach z aktówkami w
dłoniach i drogimi telefonami przy uszach. Gołębie siedziały na dachach z
głowami wtulonymi miedzy swoje skrzydła.
Dlaczego świat wciąż się kręci po takiej
tragedii?, spytałam siebie. Nie, to złe pytanie. Dlaczego to mnie tak bardzo
dotknęła ta tragedia? Przecież starca znałam raptem kilka tygodni. Dlaczego to
ja cierpię? Dlaczego to ja się ty martwię? Przecież to nie moja wina, że ma
takiego, a nie innego syna. Dlaczego...
Złapałam się grubego materiału firan by się
ponownie nie złamać. Ale moje palce drżały zbyt mocno. Na szczęście silne
ramiona znowu mnie otuliły. Spokojnie przy mnie trwały bym mogła się uspokoić,
nieważne ile minut, dni czy lat by mi to zajęło. Prawie nieodczuwalny pocałunek
spadł na moje czoło. Prawdopodobnie miał mi pomóc, ale zadziałał wręcz
przeciwnie. Wzniecił tylko potok moich łez.
- Dlaczego to mnie tak dotknęło? Przecież to
nawet nie moja historia. - Starałam się opanować płacz, ale szloch żył swoim
własnym przerywanym życiem. - Jestem beznadzieja. Jak można się tak przywiązywać.
- Nie jesteś beznadziejna - zaprzeczył
twardo Diabeł. - Jesteś niesamowita, Inko. To, że wszystko dotknęło cię tak
bardzo wcale nie znaczy, że jesteś beznadziejna. Dla mnie to tylko utwierdzenie
w tym jak delikatna jesteś. Ale wiem, że dasz sobie z tym radę i coś poradzisz.
Bo w końcu jesteś silna. Bardzo silna. A jeśli będziesz potrzebowała pomocy,
zawsze będę przy tobie. Wymyślimy coś, Inko.
Pokiwałam głową i utonęłam w jego uścisku.
Siedziałam na wiktoriańskiej kanapie w
pysznie urządzonym salonie. Wciąż się nie zapytałam Diabła skąd wziął na to
wszystko pieniądze. A kryształowy żyrandol wiszący tuż nas moją głową ciągle mi
o tym przypominał. Przede mną pojawił się Diabeł z tacą pełną jedzenia. Znad
talerzy unosił się smakowity zapach przypraw i różnych sosów. Postawił
porcelanę na szklanym stoliczku do kawy i kazał mi się częstować. Na sam dźwięk
jego rozkazującego tonu przeszły mnie przyjemne dreszcze. Stęskniłam się za
głosem nieznającym sprzeciwu i czułam, jak mięknął mi kolana. Całe szczęście
siedziałam na wygodnej wiktoriańskiej sofie.
- Masz już jakiś pomysł, Inko? - padło z
jego ust. Przyglądałam się jak oblizuje je z pianki po kawie.
Miałam dwa pomysły. Jeden polegał na
porwaniu Kairosa, a drugi na odkupieniu od syna. Ale żaden nie był
wystarczająco dobry. Oba były niemożliwe. Gdybym chciała porwać Kairosa
musiałabym mieć go gdzie trzymać. Oczywiście przeniosłabym go do stajni, w
której trzymałam Siwkę, gdyby tylko nie była trzy godziny drogi stąd...
Kupno było najlepszym pomysłem na jaki było
mnie stać, ale nie chciałam się oszukiwać. Skąd wzięłabym pieniądze na konia? W
końcu jego obecny właściciel był pazerny na pieniądze, których ja oczywiście
nie miałam.
Pokręciłam przecząco głową.
Chłopak objął mnie ramieniem i przyciągnął
do siebie. Moja głowa oparła się na jego piersi w taki sposób, że miałam
idealny widok na jego pełne usta. Musiały być ciepłe i smakować czarną kawą,
którą popijał, co chwila. Przysunęłam się do niego jeszcze bliżej. Powoli,
przysunięcie, po przysunięciu, wspinałam się na jego kolana. Potrzebowałam
bliskości, ciepła i... Diabła.
Potrzebowałam Diabła. Potrzebowałam jego
ramion, śmiertelnego uścisku. Tak długo oszukiwałam się, że go nie chcę. Nie
kocham. Nie pragnę. To były tylko naiwne kłamstwa małej dziewczynki udającej
dorosłą.
Patrzył mi prosto w oczy - tak jak dawniej.
Zdecydowanie, z miłością i oddaniem. Odstawił kawę na stolik i objął mnie w
talii swoimi silnymi dłońmi. Sunął nimi w górę. Do odsłoniętej szyi, gdzie
zatrzymał się na chwilę. Dałam mu dostęp. Odchyliłam głowę do tyłu na znak, że
mu ufam, że może zacisnąć swoje palce tak mocno, jak tylko chce, że mu na to
pozwolę. Ale nie zrobił tego, tylko ujął moją twarz i przysunął ją do swojej. I
trwaliśmy tak bez ruchu. Oddychając jednym tempem, jednym powietrzem. Wpatrzeni
w swoje oczy, sklejeni swoimi ciałami.
Ale nie wytrzymałam.
- Pocałuj mnie - poprosiłam bezgłośnie.
Czerwona corvetta z 1968 roku zatrzymała się
na małym parkingu przed domem zmarłego starca. Silnik mruczał na jałowym biegu,
a siedzenia lekko drżały. Ręka Diabła spoczęła na mojej chłodnej dłoni.
Uścisnęła ją, starając się dodać mi otuchy. Spojrzałam na niego, uśmiechnęłam
się w odpowiedzi i wysiadłam czym prędzej ze sportowego auta. Czułam jak kąciki
ust mi drżały.
Pierwszą rzeczą jaką sprawdziłam był stan
Kairosa. Zwierzę wciąż krążyło zdenerwowane po pastwisku. Jednak gdy tylko mnie
ujrzało zaczęło przejmująco rżeć. Podbiegłam do płotu i przeszłam pod gnijącą
deską. Uniosłam rękę i położyłam na końskim pysku, by uświadomić mu, że nie
jest same. Że nie tylko ono cierpi. Że jestem też ja. Wciąż jednak przebierało
niespokojnie nogami. Uciekłam się więc do dawno poznanej sztuczki. Delikatnie
wciskałam palce w jego szyję i kręciłam nimi drobne kółka. Koński łęb zaczął się
powoli opuszczać w dół, ku uschniętej trawie, by w końcu oprzeć się na mojej
piersi. Jego uszy wciąż jednak były nastawione i oczekiwały, aż jego właściciel
wyjdzie z domu i przywita się z nim jak co ranka.
Mówiłam do niego uspokajające słowa.
Odnosiłam wrażenie, że je rozumie. Gdy całkowicie rozluźnił szyję przeszłam do
masowania jego uszu, które po kilku ruchach opadły na boki. Zwierzęce chrapy
skubały moją dłoń w poszukiwaniu przysmaku pocieszenia.
Gdy tak stałam przy Kairosie usłyszałam
szelest torby. Diabeł podał mi ją i powiedział, że musi jechać. Że jeżeli będę
go potrzebować wystarczy, że zadzwonię. Pokiwałam głową. Z reklamówki wyjęłam
kilka kromek ususzonego chleba i podsunęłam Kairosowi. Zjadł je niechętnie.
Z jego oczu smutek ział jeszcze przez długi czas.
Gdy zamykałam za sobą drzwi frontowe, stanął
przede mną Daniel. Wpatrywał się we mnie ze zmartwieniem w oczach, które szybko
jednak zniknęło.
- Gdzie byłaś?
Sam jednak sobie wywnioskował odpowiedź po
moich opuchniętych wargach i potarganych włosach. Prychnął cicho pod nosem. Było to
jednak prychnięcie pogardy. Pokręcił głową i uderzył pięścią w ścianę.
- Oczywiście - warknął. Odwrócił się na
pięcie i zamknął się w swoim pokoju.
Ja natomiast usiadłam przy kuchennym stole.
Oparłam czoło na jego chłodnym blacie. Tak strasznie denerwowała mnie postawa
Daniela, ale nie miałam siły na zamartwianie się jego humorami. Moją głowę
zaprzątał tylko Kairos.
Po przelonżowaniu wstawiłam go do małej
przybudówki imitującej stajnie. Zmęczone wysiłkiem fizycznym zwierzę było
spokojniejsze na tyle, bym mogła je zostawić same.
W głębi duszy zaczęłam się godzić z jego
smutnym losem. Czułam się winna z tego powodu.
Spojrzałam na kuchenny zegar. Było już grubo
po południu. Przydałoby się coś zjeść, pomyślałam.
Zapukałam do drzwi sypialni Motylka.
Odpowiedziało mi ciche burknięcie.
- Danielu.
- Zostaw mnie.
- Ale musisz coś zjeść.
- Powiedziałem, żebyś mnie zostawiła.
- Motylku, posłuchaj...
- Zostaw mnie!
- Nie - odrzekłam twardo.
Drzwi nagle się otworzyły i zostałam
wciągnięta do środka. W pomieszczeniu było ciemno. Okna były zasłonięte, a
światła pogaszone. Skotłowana kołdra leżała na podłodze, podobnie jak papiery
zapisane nutami i słowami, i ubrania.
Chłopak przyciskał mnie za ramiona do
ściany. Jego twarz byłą tak blisko mojej, prawie jak dziś rano Diabła. Czułam
jego oddech na skórze, ale mimo to brakowało czegoś. Tego dreszczu pragnienia,
który towarzyszył mi za każdym razem gdy byłam blisko Diabła.
- Dlaczego wciąż tu jesteś? Czemu się o mnie
martwisz? Przecież mnie nie kochasz. Nigdy nie kochałaś - rzucił z wyrzutem.
Milczałam. Pozwoliłam by jego palce
zaciskały się coraz mocniej. Ale nie pisnęłam ani słowem. Nie czułam takiej potrzeby.
Przysunął swoje usta do moich i złożył na
nich delikatny pocałunek. Nie zrobiłam nic. Nie odwzajemniłam go.
- Pocałuj mnie - błagał. - Ostatni raz,
proszę.
Ale ja się nie ruszałam. Byłam obojętna na
jego pocałunki. Delikatne, czułe, brutalne. Nic. Nie czułam do niego nic.
- Pocałuj mnie!
Zamiast tego odsunęłam się od niego.
- Nigdy więcej cię nie pocałuję, Danielu.
Ponieważ jak to powiedziałeś, nigdy cię nie kochałam.
Spojrzałam mu ostatni raz w oczy i wyszłam.
Zaczęło się ściemniać. Powietrze robiło się
coraz chłodniejsze z każdą kolejną minutą. Słońce chowało się za szczytami
wieżowców, by zrobić miejsce swojemu odwiecznemu kochankowi. Ludzie gnali do
swoich rodzin i wieczornych zajęć. Po części zazdrościłam i pewnego celu. Ja
swojego nie miałam. Wszystko po trochu było mi zabierane. Najpierw straciłam
jedyną ukochaną ciotkę, później Diabła. Teraz zabrano mi przyjaciela w starcu i
Kairosa. I Motylka. A może sama ich oddawałam? Dobrze, że w jakiejś części
odzyskałam Diabła.
Błąkałam się po mieście tak długo, aż
skończyłam w McDonaldsie. Na małym stoliku przede mną leżały frytki w czerwonym
kartonie i pudełeczko po jogurcie musli. Byłam wyczerpana dzisiejszym dniem, a
to jeszcze nie był koniec niespodzianek.
Zadzwonił mój telefon. Byłam prawie pewna,
że był to Diabeł. Nie oczekiwałam by Daniel chciał się jeszcze ze mną
kontaktować.
Ze słuchawki padło tylko jedno zdanie, które
w jakiś sposób zawaliło cały mój świat.
- Frytka została skazana na pobyt w
więzieniu dla kobiet.
Cały mój świat faktycznie sypał się kawałek
po kawałku, tragedia po tragedii, osoba po osobie. Wszyscy cichli. Zgiełk
restauracji jakby zniknął. Jakby ktoś wcisnął przycisk, przez co wszystko
straciło swój głos. Kobieta z dzieckiem obok mnie, chłopak na zmywaku,
ochroniarz.
Wyrzuciłam opakowanie po jogurcie, a frytki
wrzuciłam do torebki, nawet nie myśląc o ty, że zostanie po nich tłusta plama.
Wyszłam na świeże powietrze, starając się nie przyciągać niczyjej uwagi. Co nie
było wcale takie trudne. Udawało mi się nawet płynąć z tłumem, ale w głowie
wciąż odbijał się cichy głos Dantego.
Martwiłam się o Frytkę i jej dziecko, o
Kairosa samego w stajni, o mimo wszystko powoli umierającego Daniela i miałam
dość. Miałam dość ciągłego zamartwiania się o innych. Miałam dość ich tragedii.
Nie byłam nawet w stanie nikomu pomóc. Nie mogę żyć przecież życiem wszystkich
wokoło, bo zgubię własne.
I w końcu z tej całej bezsilności zaczęłam
biec przed siebie. Przez chodnik, omijając ludzi, wpadając na przejście dla pieszych w ostatniej chwili. Gnałam ile mogłam, traciłam oddech, a drobne łzy
wysuszał chłodny wiatr. Torba pełna frytek ciążyła mi na ramieniu. Ale się tym
nie przejmowałam. Byłam na to obojętna. Bo miałam cel. Bo był cały czas przede
mną. Bo musiałam go dogonić i schwycić. Bo od tego zależało, jak długo będę
jeszcze w stanie oddychać, zanurzona w smutku wszystkich wokoło.
Stanęłam przed hotelem, w którym spędziłam
ostatnią noc. Na parkingu dojrzałam zaparkowany samochód Diabła. Uśmiechnęłam
się do siebie, że jednak jest dla mnie szansa. Zadzwoniłam do niego.
Zaprowadził mnie do wynajętego apartamentu, gdzie zrobił nam herbaty i okrył
kocem.
Spytałam się go czy wie, co czeka Frytkę. W
odpowiedzi pokiwał tylko głową. Wtuliłam się w jego ciepły bok i pozwoliłam by
uczucia opuszczały moje usta w słowach.
- Chcę wrócić do miasta. W ten piątek. Z
tobą - powiedziałam na koniec.
Czułam, jak szczęście w jakiś sposób emanuje
od jego osoby. Widziałam, jak nieznany mi ciężar spada z jego ramion. Sama
byłam przepełniona ulgą. Mogłam odetchnąć. Zasłużyłam na to. Czyjeś tragedie
nie zabronią mi przecież własnego szczęścia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz