wtorek, 29 września 2015

~ 20 ~

rozdział pisany do: ---, ---, ---,


21 sierpnia, piątek
   Obudziłam się otulona silnymi ramionami. Do moich nozdrzy dotarł tak dobrze mi znany zapach. Wtuliłam się w szeroką pierś by spróbować zasnąć ponownie. By nie myśleć. By wierzyć, że wszystko było tylko złym snem.
   Nie mogłam tego zrobić. Morfeusz nie chciał mnie z powrotem w swojej krainie. Dawał mi do zrozumienia, że spędziłam w niej zbyt wiele czasu. Bałam się, że wszystko mnie dopadnie. Zaatakuje wystarczająco niespodziewanie by odebrać mi oddech urywanym szlochem. Ale ramiona mocno mnie trzymały i nie pozwalały by cokolwiek mnie skrzywdziło. Byłam im za to wdzięczna.
   Uniosłam lekko powieki. Moje oczy spotkały się ze spojrzeniem błękitnych, prawie niewidocznych tęczówek, które jakby zabłysły na spotkanie z moimi. Po raz kolejny zaczęłam w nich tonąć. Intensywność i jednoczesna bladość ich koloru wciągała mnie powoli. Poddawał się temu uczuciu. W tamtej chwili chciałam zniknąć. Chciałam przestać czuć, a to spojrzenie pozwalało mi na to. Kiedy chłód błękitu otulał moje ciało czułam się lekka. Zaczęłam oddalać się od swojego ciała, swoich myśli i problemów. Już prawie tam byłam, już prawie wszystko zniknęło włącznie ze mną. Wtedy powieki opadły.
   Zasmucona porażką przeniosłam spojrzenie na lekko rozchylone usta. Jak zawsze, gdy na nie patrzyłam, owładnęła mnie potrzeba poczucia ich na swoich. Chociażby w najdelikatniejszym pocałunku. Ale to nie był czas na słodkie pocałunki. Musiałam znaleźć sposób na pozbieranie się. Musiałam uratować Kairosa. Na samą myśl, co go czeka ból uderzał prosto do mojego serca.
   Usiadłam.
   Znajdowałam się w eleganckim wnętrzu. Łóżko, na którym leżałam okryte było drogą pościelą w złote wzory. Ściany otulały się wodnistą zielenią nasuwającą mi na myśl pola, przez które galopowałam razem z Siwką w swoim mieście. Z sufitów zwisały długie i ciężkie firany zasłaniając okna. Odwróciłam się do mężczyzny leżącego obok i zaczęłam się zastanawiać skąd wziął na to wszystko pieniądze. Przecież pracował w małej księgarni, a nocleg w takim miejscu na pewno kosztował więcej niż jego pensja. Ale nie to było teraz najważniejsze.
   Wstałam i rozsunęłam zasłony, i wpuściłam do sypialni odrobinę słońca.
   - Muszę tam wrócić.
   Odwróciłam lekko głowę w stronę Diabła, wciąż stojąc przy wysokim oknie.
   - Rozumiem - odrzekł.
   Wpatrywałam się w widok za idealnie przejrzystą szybą. Miasto wciąż jeszcze się nie obudziło. Młodzi zbierali swoich nieprzytomnych przyjaciół z chodników. Starzy natomiast pielęgnowali swoje odwieczne związki pod ciepłymi pieleszami. Jedynie biznesmani zdawali się nie wiedzieć, która jest godzina i tańczyli na chodnikach z aktówkami w dłoniach i drogimi telefonami przy uszach. Gołębie siedziały na dachach z głowami wtulonymi miedzy swoje skrzydła.
   Dlaczego świat wciąż się kręci po takiej tragedii?, spytałam siebie. Nie, to złe pytanie. Dlaczego to mnie tak bardzo dotknęła ta tragedia? Przecież starca znałam raptem kilka tygodni. Dlaczego to ja cierpię? Dlaczego to ja się ty martwię? Przecież to nie moja wina, że ma takiego, a nie innego syna. Dlaczego...
   Złapałam się grubego materiału firan by się ponownie nie złamać. Ale moje palce drżały zbyt mocno. Na szczęście silne ramiona znowu mnie otuliły. Spokojnie przy mnie trwały bym mogła się uspokoić, nieważne ile minut, dni czy lat by mi to zajęło. Prawie nieodczuwalny pocałunek spadł na moje czoło. Prawdopodobnie miał mi pomóc, ale zadziałał wręcz przeciwnie. Wzniecił tylko potok moich łez.
   - Dlaczego to mnie tak dotknęło? Przecież to nawet nie moja historia. - Starałam się opanować płacz, ale szloch żył swoim własnym przerywanym życiem. - Jestem beznadzieja. Jak można się tak przywiązywać.
   - Nie jesteś beznadziejna - zaprzeczył twardo Diabeł. - Jesteś niesamowita, Inko. To, że wszystko dotknęło cię tak bardzo wcale nie znaczy, że jesteś beznadziejna. Dla mnie to tylko utwierdzenie w tym jak delikatna jesteś. Ale wiem, że dasz sobie z tym radę i coś poradzisz. Bo w końcu jesteś silna. Bardzo silna. A jeśli będziesz potrzebowała pomocy, zawsze będę przy tobie. Wymyślimy coś, Inko.
  Pokiwałam głową i utonęłam w jego uścisku.


   Siedziałam na wiktoriańskiej kanapie w pysznie urządzonym salonie. Wciąż się nie zapytałam Diabła skąd wziął na to wszystko pieniądze. A kryształowy żyrandol wiszący tuż nas moją głową ciągle mi o tym przypominał. Przede mną pojawił się Diabeł z tacą pełną jedzenia. Znad talerzy unosił się smakowity zapach przypraw i różnych sosów. Postawił porcelanę na szklanym stoliczku do kawy i kazał mi się częstować. Na sam dźwięk jego rozkazującego tonu przeszły mnie przyjemne dreszcze. Stęskniłam się za głosem nieznającym sprzeciwu i czułam, jak mięknął mi kolana. Całe szczęście siedziałam na wygodnej wiktoriańskiej sofie.
   - Masz już jakiś pomysł, Inko? - padło z jego ust. Przyglądałam się jak oblizuje je z pianki po kawie.
   Miałam dwa pomysły. Jeden polegał na porwaniu Kairosa, a drugi na odkupieniu od syna. Ale żaden nie był wystarczająco dobry. Oba były niemożliwe. Gdybym chciała porwać Kairosa musiałabym mieć go gdzie trzymać. Oczywiście przeniosłabym go do stajni, w której trzymałam Siwkę, gdyby tylko nie była trzy godziny drogi stąd...
   Kupno było najlepszym pomysłem na jaki było mnie stać, ale nie chciałam się oszukiwać. Skąd wzięłabym pieniądze na konia? W końcu jego obecny właściciel był pazerny na pieniądze, których ja oczywiście nie miałam.
   Pokręciłam przecząco głową.
   Chłopak objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Moja głowa oparła się na jego piersi w taki sposób, że miałam idealny widok na jego pełne usta. Musiały być ciepłe i smakować czarną kawą, którą popijał, co chwila. Przysunęłam się do niego jeszcze bliżej. Powoli, przysunięcie, po przysunięciu, wspinałam się na jego kolana. Potrzebowałam bliskości, ciepła i... Diabła.
   Potrzebowałam Diabła. Potrzebowałam jego ramion, śmiertelnego uścisku. Tak długo oszukiwałam się, że go nie chcę. Nie kocham. Nie pragnę. To były tylko naiwne kłamstwa małej dziewczynki udającej dorosłą.
   Patrzył mi prosto w oczy - tak jak dawniej. Zdecydowanie, z miłością i oddaniem. Odstawił kawę na stolik i objął mnie w talii swoimi silnymi dłońmi. Sunął nimi w górę. Do odsłoniętej szyi, gdzie zatrzymał się na chwilę. Dałam mu dostęp. Odchyliłam głowę do tyłu na znak, że mu ufam, że może zacisnąć swoje palce tak mocno, jak tylko chce, że mu na to pozwolę. Ale nie zrobił tego, tylko ujął moją twarz i przysunął ją do swojej. I trwaliśmy tak bez ruchu. Oddychając jednym tempem, jednym powietrzem. Wpatrzeni w swoje oczy, sklejeni swoimi ciałami.
   Ale nie wytrzymałam.
   - Pocałuj mnie - poprosiłam bezgłośnie.


   Czerwona corvetta z 1968 roku zatrzymała się na małym parkingu przed domem zmarłego starca. Silnik mruczał na jałowym biegu, a siedzenia lekko drżały. Ręka Diabła spoczęła na mojej chłodnej dłoni. Uścisnęła ją, starając się dodać mi otuchy. Spojrzałam na niego, uśmiechnęłam się w odpowiedzi i wysiadłam czym prędzej ze sportowego auta. Czułam jak kąciki ust mi drżały.
   Pierwszą rzeczą jaką sprawdziłam był stan Kairosa. Zwierzę wciąż krążyło zdenerwowane po pastwisku. Jednak gdy tylko mnie ujrzało zaczęło przejmująco rżeć. Podbiegłam do płotu i przeszłam pod gnijącą deską. Uniosłam rękę i położyłam na końskim pysku, by uświadomić mu, że nie jest same. Że nie tylko ono cierpi. Że jestem też ja. Wciąż jednak przebierało niespokojnie nogami. Uciekłam się więc do dawno poznanej sztuczki. Delikatnie wciskałam palce w jego szyję i kręciłam nimi drobne kółka. Koński łęb zaczął się powoli opuszczać w dół, ku uschniętej trawie, by w końcu oprzeć się na mojej piersi. Jego uszy wciąż jednak były nastawione i oczekiwały, aż jego właściciel wyjdzie z domu i przywita się z nim jak co ranka.
   Mówiłam do niego uspokajające słowa. Odnosiłam wrażenie, że je rozumie. Gdy całkowicie rozluźnił szyję przeszłam do masowania jego uszu, które po kilku ruchach opadły na boki. Zwierzęce chrapy skubały moją dłoń w poszukiwaniu przysmaku pocieszenia.
   Gdy tak stałam przy Kairosie usłyszałam szelest torby. Diabeł podał mi ją i powiedział, że musi jechać. Że jeżeli będę go potrzebować wystarczy, że zadzwonię. Pokiwałam głową. Z reklamówki wyjęłam kilka kromek ususzonego chleba i podsunęłam Kairosowi. Zjadł je niechętnie.
   Z jego oczu smutek ział jeszcze przez długi czas.


   Gdy zamykałam za sobą drzwi frontowe, stanął przede mną Daniel. Wpatrywał się we mnie ze zmartwieniem w oczach, które szybko jednak zniknęło.
   - Gdzie byłaś?
   Sam jednak sobie wywnioskował odpowiedź po moich opuchniętych wargach i potarganych włosach. Prychnął cicho pod nosem. Było to jednak prychnięcie pogardy. Pokręcił głową i uderzył pięścią w ścianę.
   - Oczywiście - warknął. Odwrócił się na pięcie i zamknął się w swoim pokoju.
   Ja natomiast usiadłam przy kuchennym stole. Oparłam czoło na jego chłodnym blacie. Tak strasznie denerwowała mnie postawa Daniela, ale nie miałam siły na zamartwianie się jego humorami. Moją głowę zaprzątał tylko Kairos.
   Po przelonżowaniu wstawiłam go do małej przybudówki imitującej stajnie. Zmęczone wysiłkiem fizycznym zwierzę było spokojniejsze na tyle, bym mogła je zostawić same.
   W głębi duszy zaczęłam się godzić z jego smutnym losem. Czułam się winna z tego powodu.
   Spojrzałam na kuchenny zegar. Było już grubo po południu. Przydałoby się coś zjeść, pomyślałam.
   Zapukałam do drzwi sypialni Motylka. Odpowiedziało mi ciche burknięcie.
   - Danielu.
   - Zostaw mnie.
   - Ale musisz coś zjeść.
   - Powiedziałem, żebyś mnie zostawiła.
   - Motylku, posłuchaj...
   - Zostaw mnie!
   - Nie - odrzekłam twardo.
   Drzwi nagle się otworzyły i zostałam wciągnięta do środka. W pomieszczeniu było ciemno. Okna były zasłonięte, a światła pogaszone. Skotłowana kołdra leżała na podłodze, podobnie jak papiery zapisane nutami i słowami, i ubrania.
   Chłopak przyciskał mnie za ramiona do ściany. Jego twarz byłą tak blisko mojej, prawie jak dziś rano Diabła. Czułam jego oddech na skórze, ale mimo to brakowało czegoś. Tego dreszczu pragnienia, który towarzyszył mi za każdym razem gdy byłam blisko Diabła.
   - Dlaczego wciąż tu jesteś? Czemu się o mnie martwisz? Przecież mnie nie kochasz. Nigdy nie kochałaś - rzucił z wyrzutem.
   Milczałam. Pozwoliłam by jego palce zaciskały się coraz mocniej. Ale nie pisnęłam ani słowem. Nie czułam takiej potrzeby.
   Przysunął swoje usta do moich i złożył na nich delikatny pocałunek. Nie zrobiłam nic. Nie odwzajemniłam go.
   - Pocałuj mnie - błagał. - Ostatni raz, proszę.
   Ale ja się nie ruszałam. Byłam obojętna na jego pocałunki. Delikatne, czułe, brutalne. Nic. Nie czułam do niego nic.
   - Pocałuj mnie!
   Zamiast tego odsunęłam się od niego.
   - Nigdy więcej cię nie pocałuję, Danielu. Ponieważ jak to powiedziałeś, nigdy cię nie kochałam.
   Spojrzałam mu ostatni raz w oczy i wyszłam.


   Zaczęło się ściemniać. Powietrze robiło się coraz chłodniejsze z każdą kolejną minutą. Słońce chowało się za szczytami wieżowców, by zrobić miejsce swojemu odwiecznemu kochankowi. Ludzie gnali do swoich rodzin i wieczornych zajęć. Po części zazdrościłam i pewnego celu. Ja swojego nie miałam. Wszystko po trochu było mi zabierane. Najpierw straciłam jedyną ukochaną ciotkę, później Diabła. Teraz zabrano mi przyjaciela w starcu i Kairosa. I Motylka. A może sama ich oddawałam? Dobrze, że w jakiejś części odzyskałam Diabła.
   Błąkałam się po mieście tak długo, aż skończyłam w McDonaldsie. Na małym stoliku przede mną leżały frytki w czerwonym kartonie i pudełeczko po jogurcie musli. Byłam wyczerpana dzisiejszym dniem, a to jeszcze nie był koniec niespodzianek.
   Zadzwonił mój telefon. Byłam prawie pewna, że był to Diabeł. Nie oczekiwałam by Daniel chciał się jeszcze ze mną kontaktować.
   Ze słuchawki padło tylko jedno zdanie, które w jakiś sposób zawaliło cały mój świat.
   - Frytka została skazana na pobyt w więzieniu dla kobiet.


   Cały mój świat faktycznie sypał się kawałek po kawałku, tragedia po tragedii, osoba po osobie. Wszyscy cichli. Zgiełk restauracji jakby zniknął. Jakby ktoś wcisnął przycisk, przez co wszystko straciło swój głos. Kobieta z dzieckiem obok mnie, chłopak na zmywaku, ochroniarz.
   Wyrzuciłam opakowanie po jogurcie, a frytki wrzuciłam do torebki, nawet nie myśląc o ty, że zostanie po nich tłusta plama. Wyszłam na świeże powietrze, starając się nie przyciągać niczyjej uwagi. Co nie było wcale takie trudne. Udawało mi się nawet płynąć z tłumem, ale w głowie wciąż odbijał się cichy głos Dantego.
   Martwiłam się o Frytkę i jej dziecko, o Kairosa samego w stajni, o mimo wszystko powoli umierającego Daniela i miałam dość. Miałam dość ciągłego zamartwiania się o innych. Miałam dość ich tragedii. Nie byłam nawet w stanie nikomu pomóc. Nie mogę żyć przecież życiem wszystkich wokoło, bo zgubię własne.
   I w końcu z tej całej bezsilności zaczęłam biec przed siebie. Przez chodnik, omijając ludzi, wpadając na przejście dla pieszych w ostatniej chwili. Gnałam ile mogłam, traciłam oddech, a drobne łzy wysuszał chłodny wiatr. Torba pełna frytek ciążyła mi na ramieniu. Ale się tym nie przejmowałam. Byłam na to obojętna. Bo miałam cel. Bo był cały czas przede mną. Bo musiałam go dogonić i schwycić. Bo od tego zależało, jak długo będę jeszcze w stanie oddychać, zanurzona w smutku wszystkich wokoło.
   Stanęłam przed hotelem, w którym spędziłam ostatnią noc. Na parkingu dojrzałam zaparkowany samochód Diabła. Uśmiechnęłam się do siebie, że jednak jest dla mnie szansa. Zadzwoniłam do niego. Zaprowadził mnie do wynajętego apartamentu, gdzie zrobił nam herbaty i okrył kocem.
   Spytałam się go czy wie, co czeka Frytkę. W odpowiedzi pokiwał tylko głową. Wtuliłam się w jego ciepły bok i pozwoliłam by uczucia opuszczały moje usta w słowach.
   - Chcę wrócić do miasta. W ten piątek. Z tobą - powiedziałam na koniec.
   Czułam, jak szczęście w jakiś sposób emanuje od jego osoby. Widziałam, jak nieznany mi ciężar spada z jego ramion. Sama byłam przepełniona ulgą. Mogłam odetchnąć. Zasłużyłam na to. Czyjeś tragedie nie zabronią mi przecież własnego szczęścia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WS.