rozdział (oczywiście, bo jakżeby inaczej) niesprawdzony
26 sierpnia, środa
Całe dnie spędzałam w gospodarstwie przy
Kairosie. Coraz trudniej było mi się od niego odsunąć. Coraz łatwiej się do
niego przywiązywałam. Mimo, że pogodziłam się z losem konia, nie mogłam
uwierzyć, że więcej go nie zobaczę.
Codziennie czyściłam go kilka razy, by tylko
mieć pretekst by posiedzieć z nim trochę dłużej.
Od dawna byłam już gotowa do wyjazdu.
Właściwie to po części nie mogłam się go już doczekać. Chciałam wrócić do tej
monotonności i codzienności własnej rzeczywistości. W jakimś sensie również nie
mogłam doczekać się pójścia do nowej szkoły, poznania nowych ludzi, pokazania,
że nie jestem całkiem beznadziejna.
Czułam, że zbliża się koniec Kairosa, więc
chciałam zrobić coś specjalnego. Myślałam, że jest już gotowy i ufa mi na tyle
by zrobić ostatni, znaczący krok.
Kiedy czyściłam go po raz kolejny i chowałam
szczotki z powrotem do pudła w stajni, znalazłam zniszczone siodło i ogłowie.
Wcześniej go nie widziałam, więc uznałam to za znak. Przyprowadziłam zwierzę do
słupka z metalowym kółkiem imitującego uwiąz. Koń stał spokojnie i łypał tylko
na mnie jednym okiem. Przyniosłam znaleziony osprzęt i zarzuciłam wszystko tak
jak robiłam to milion razy z Siwką. Dbając o każdy najdrobniejszy szczegół.
Gdy upewniłam się, że wszystko jest na swoim
miejscu, udałam się w poszukiwanie kasku, ale żadnego nie znalazłam. Podniecona
tym, co ma się zaraz wydarzyć zignorowałam brak toczka i złapałam za lonżę.
Przyglądałam się zwierzęciu chodzącemu wokół
mnie. Było gotowe – tak samo jak ja. Zarzuciłam mu wodzę na szyję. Spojrzałam w
niebo. Zaczęło się ściemniać, a do przyjazdu Diabła została godzina. Nie
chciałam już zwlekać. Wsunęłam nogę w strzemię i wspięłam się na siodło.
Siedziałam na grzbiecie karosza. Nic się nie
działo. Poklepałam zwierzę po szyi i dałam sygnał do ruszenia stępem.
Okrążyliśmy pastwisko. Zebrałam wodze by czuć kontakt z jego pyskiem.
Stępowaliśmy po dziurawym placu nie zwracając uwagi na zbierające się nad
naszymi głowami chmury. Po kilku okrążeniach wplotłam kilka kroków kłusa.
Zadziorny wiatr rozwiewał moje włosy w najlepsze, a ja śmiałam się. Śmiałam.
Szczerze i radośnie.
W pewnej chwili wyczułam, że Kairos też się
cieszy. Że chce więcej. Nie zważając na pojedyncze krople deszczu siadłam głębiej
w siodle, ściągnęłam lekko wodze, dając mu sygnał, że zaraz coś się stanie, i
przyłożyłam łydki do jego boków.
Galopowaliśmy. Po polu. Z wiatrem.
Ścigaliśmy się z nim. Możliwe, że nawet wygrywaliśmy. Ale deszcz był szybszy i
coraz bardziej nieznośny.
Dawno nie czułam się tak na miejscu, jak
wtedy. Dlatego przymknęłam oko na deszcz i dziury w ziemi. Strzepnęłam rozsądek
w zagłębia umysłu. Nie chciałam jeszcze niczego kończyć.
Gdy tak pędziliśmy, jak dzicy, noga Kairosa
podwinęła się na śliskiej trawie. Zwierzę próbowało nas jeszcze ratować, ale
nie było w stanie. Starałam się jeszcze odepchnąć od jego grzbietu, ale
widziałam kamień zbliżający się do mojej głowy. A może to moja głowa zbliżała
się do kamienia. Nie jestem pewna.
Pamiętam już tylko przebłyski. Trzask
czaszki. Odór krwi. Ból. Podnoszącego się z ziemi Kairosa i widok własnej
kości. Wszystko było przyćmione mgłą omdleń.
Nie wiem jak długo leżałam w strugach
deszczu. Ale pamiętam, kiedy przednie światła auta zaświeciły w moje oczy.
Potem przeraźliwy pisk hamulców uderzył prosto do mojego mózgu, powodując
dodatkowy ból. Przód czerwonej corvetty z 1968. I krzyk. I kroki. I kolejny
krzyk. Wszystko zlewało się w jedność. Nie wiedziałam, co następowało pierwsze.
Wiedziałam tylko, że jako ostatnia nadeszła
ciemność.
________
Jest to ostatni rozdział pierwszej części. Przepraszam, że jest taki krótki, ale cóż... Nie mam pojęcia co się będzie działo dalej ani kiedy. Ani czy w ogóle będzie się działo. Dlatego to... szykuje się długa przerwa.
xoxo julia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz