poniedziałek, 5 października 2015

~ 21 ~

rozdział pisany do: ---, ---, ---

rozdział (oczywiście, bo jakżeby inaczej) niesprawdzony

26 sierpnia, środa
   Całe dnie spędzałam w gospodarstwie przy Kairosie. Coraz trudniej było mi się od niego odsunąć. Coraz łatwiej się do niego przywiązywałam. Mimo, że pogodziłam się z losem konia, nie mogłam uwierzyć, że więcej go nie zobaczę.
   Codziennie czyściłam go kilka razy, by tylko mieć pretekst by posiedzieć z nim trochę dłużej.
   Od dawna byłam już gotowa do wyjazdu. Właściwie to po części nie mogłam się go już doczekać. Chciałam wrócić do tej monotonności i codzienności własnej rzeczywistości. W jakimś sensie również nie mogłam doczekać się pójścia do nowej szkoły, poznania nowych ludzi, pokazania, że nie jestem całkiem beznadziejna.
   Czułam, że zbliża się koniec Kairosa, więc chciałam zrobić coś specjalnego. Myślałam, że jest już gotowy i ufa mi na tyle by zrobić ostatni, znaczący krok.
   Kiedy czyściłam go po raz kolejny i chowałam szczotki z powrotem do pudła w stajni, znalazłam zniszczone siodło i ogłowie. Wcześniej go nie widziałam, więc uznałam to za znak. Przyprowadziłam zwierzę do słupka z metalowym kółkiem imitującego uwiąz. Koń stał spokojnie i łypał tylko na mnie jednym okiem. Przyniosłam znaleziony osprzęt i zarzuciłam wszystko tak jak robiłam to milion razy z Siwką. Dbając o każdy najdrobniejszy szczegół.
   Gdy upewniłam się, że wszystko jest na swoim miejscu, udałam się w poszukiwanie kasku, ale żadnego nie znalazłam. Podniecona tym, co ma się zaraz wydarzyć zignorowałam brak toczka i złapałam za lonżę.
   Przyglądałam się zwierzęciu chodzącemu wokół mnie. Było gotowe – tak samo jak ja. Zarzuciłam mu wodzę na szyję. Spojrzałam w niebo. Zaczęło się ściemniać, a do przyjazdu Diabła została godzina. Nie chciałam już zwlekać. Wsunęłam nogę w strzemię i wspięłam się na siodło.
   Siedziałam na grzbiecie karosza. Nic się nie działo. Poklepałam zwierzę po szyi i dałam sygnał do ruszenia stępem. Okrążyliśmy pastwisko. Zebrałam wodze by czuć kontakt z jego pyskiem. Stępowaliśmy po dziurawym placu nie zwracając uwagi na zbierające się nad naszymi głowami chmury. Po kilku okrążeniach wplotłam kilka kroków kłusa. Zadziorny wiatr rozwiewał moje włosy w najlepsze, a ja śmiałam się. Śmiałam. Szczerze i radośnie.
   W pewnej chwili wyczułam, że Kairos też się cieszy. Że chce więcej. Nie zważając na pojedyncze krople deszczu siadłam głębiej w siodle, ściągnęłam lekko wodze, dając mu sygnał, że zaraz coś się stanie, i przyłożyłam łydki do jego boków.
   Galopowaliśmy. Po polu. Z wiatrem. Ścigaliśmy się z nim. Możliwe, że nawet wygrywaliśmy. Ale deszcz był szybszy i coraz bardziej nieznośny.
   Dawno nie czułam się tak na miejscu, jak wtedy. Dlatego przymknęłam oko na deszcz i dziury w ziemi. Strzepnęłam rozsądek w zagłębia umysłu. Nie chciałam jeszcze niczego kończyć.
   Gdy tak pędziliśmy, jak dzicy, noga Kairosa podwinęła się na śliskiej trawie. Zwierzę próbowało nas jeszcze ratować, ale nie było w stanie. Starałam się jeszcze odepchnąć od jego grzbietu, ale widziałam kamień zbliżający się do mojej głowy. A może to moja głowa zbliżała się do kamienia. Nie jestem pewna.
   Pamiętam już tylko przebłyski. Trzask czaszki. Odór krwi. Ból. Podnoszącego się z ziemi Kairosa i widok własnej kości. Wszystko było przyćmione mgłą omdleń.
   Nie wiem jak długo leżałam w strugach deszczu. Ale pamiętam, kiedy przednie światła auta zaświeciły w moje oczy. Potem przeraźliwy pisk hamulców uderzył prosto do mojego mózgu, powodując dodatkowy ból. Przód czerwonej corvetty z 1968. I krzyk. I kroki. I kolejny krzyk. Wszystko zlewało się w jedność. Nie wiedziałam, co następowało pierwsze.

   Wiedziałam tylko, że jako ostatnia nadeszła ciemność.


________
Jest to ostatni rozdział pierwszej części. Przepraszam, że jest taki krótki, ale cóż... Nie mam pojęcia co się będzie działo dalej ani kiedy. Ani czy w ogóle będzie się działo. Dlatego to... szykuje się długa przerwa.
xoxo julia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WS.