poniedziałek, 25 maja 2015

~ 03 ~


   Wysiadłam o jeden przystanek za późno. Okazało się, że przysnęłam z głową opartą o chłodną szybę.
   Leniwym krokiem skierowałam się w stronę blokowiska. Mijali mnie ludzie w garniturach od najróżniejszych projektantów. Każdy z nich najpierw spoglądał na mnie z zaciekawieniem, by za chwilę krzywić nos, czując przenoszony przeze mnie odór stajni. Uśmiechałam się wtedy z tryumfem. Kiedy jeden z nich przechodził obok mnie z papierosem w dłoni, ja również zapragnęłam zapalić, ale uświadomiłam sobie, że jestem za blisko domu i nie warto tak ryzykować.
   Podeszłam do domofonu i wcisnęłam numer mojego mieszkania. Drzwi otworzyły się po chwili. Windą wjechałam na dwunaste piętro. Zapukałam do drzwi. Otworzyła je matka z telefonem przy uchu i groźną miną, która lekko rozjaśniła się na mój widok. Po chwili nakrzyczała na rozmówcę po drugiej stronie słuchawki. Obróciła się na pięcie, wysoka szpilka zachwiała się niebezpiecznie, a ona dalej stała pewnie na nogach, jakby nie zauważyła drżącego buta. Stłumiłam chichot, gdy zobaczyłam jak ciasna ołówkowa spódnica ogranicza jej ekspresyjne ruchy.
   Poszłam za nią do kuchni. Wszystko wyglądało tak jak to zostawiłam. Spojrzałam na telefon podłączony do ładowania. Mama słuchając i marszcząc brwi bezgłośnie powiedziała, że ktoś dzwonił. Faktycznie lampka powiadomiła mnie o mnóstwie nieodebranych połączeń. Odłączyłam komórkę i pognałam do łazienki, zamknęłam się w niej, ale nie na klucz. Z przestrzennej kuchni dalej dobiegał stanowczy głos kobiety.
   Położyłam telefon na brzegu wanny. Napuściłam ciepłej wody i nalałam piany. Popatrzyła na czarne szorty obsiane białą sierścią siwej, tak samo jak moje nogi.
   Rozebrałam się. Ubrania przesiąknięte zapachem stajni wrzuciłam do pralki. Włosy związałam w niechlujny kok na karku.
   Wsunęłam się do wanny. Woda gryzła moje ciało, zatapiała w nim zęby. Zanurzyłam się w pianie po szyję. Nadal suchą ręką sięgnęłam po telefon – miałam siedem nieodebranych połączeń. Wszystkie były od Diabła. Czego on znowu ode mnie chce?, pomyślałam. Wybrałam jego numer, ale nie wcisnęłam słuchawki. Przeszkodziła mi w tym mama.
   - Kochanie, muszę wracać do pracy. Pan Kazik znowu coś popieprzył z fakturami albo rachunkami – sam nawet nie wie. Pewnie zejdzie mi do nocy. Spakuję się teraz i z biura pojadę na lotnisko. – Musiałam zrobić duże oczy, bo zapytała z głową przyciśniętą do framugi drzwi. – Mówiłam ci przecież, że szef organizuje jutro zjazd w Norwegi dla pracowników i sponsorów. Mówiłam ci? Może nie mówiłam. Ale już wiesz. Wracam w czwartek – ten za tydzień oczywiście. – Uśmiechnęła się przepraszająco. – Poradzisz sobie przez ten czas? Na lodówce zostawiłam ci… - Nie słuchałam jej, a ona dalej prowadziła swój monolog. – Pa, słonko – posłała mi całusa.
   Telefon niebezpiecznie zadrżał w mojej dłoni. Groził mu śmiertelny upadek do wody. Po chwili usłyszałam stukot kółek walizki na panelach w korytarzu. Szczęk kluczy. Trzask drzwi frontowych. Mieszkanie zapadło się w ciszy, a ja zatopiłam we własnym lęku.


   Od zawsze bałam się ciemności. Odkąd pamiętam, nigdy nie potrafiłam zasnąć, gdy nikogo nie było przy mnie. Z czasem się to poprawiło – wystarczyło jedno łóżko, pokój, dom. Ktoś mógłby być na końcu mieszkania, ale ważne by był. Gdzieś kiedyś wyczytałam, że to rodzaj bezsenności (w co szczerze wątpiłam), na którą cierpią homoseksualiści. Natomiast jedna z koleżanek mamy stwierdziła, że to przez brak ojca. Nie wiem, może coś w tym jest. Albo jestem zwyczajnie nienormalna. Do dziesiątego roku życia spałam z mamą w jednym łóżku.
   Normalnie, kiedy mama wyjeżdżała lub nie było jej na noc, dzwoniłam do cioci i mogłam spokojnie spać – ale w zeszłym miesiącu ciocia zmarła. Nie widziałam, do kogo teraz zadzwonić, a na dodatek ta sprawa z sąsiadami.
   Z drżącymi palcami zadzwoniłam do Diabła.
   - Co jest mała? Czemu nie… - zaczął.
   - Czy mógłbyś do mnie przyjechać? Teraz? – spytałam drżącym głosem. Słyszałam jak wstaje z krzesła. – A najlepiej na tydzień?
   Rozpłakałam się.


   Diabeł bywał u mnie… Właściwie to w ogóle u mnie nie bywał. Tylko po mnie zachodził od czasu do czasu. Przyjechał w niecałe dziesięć minut. Za ten czas zdążyłam osuszyć oczy z łez, wyjść z wanny, a nawet ubrać. Położyłam się w moim pokoju i czekałam.
   Najpierw zadzwonił domofon, potem szczęknęła maszyneria windy, a na koniec zaczęło się delikatne pukanie do drzwi.
   Zaczęłam się zastanawiać czy dobrym pomysłem było dzwonienie po Diabła.
   Szybko wstałam z łóżka. Pobiegłam do drzwi. Szamotałam się trochę z zamkiem. Otworzyłam je. W progu stał on ze zmartwioną miną. Bezmyślnie rzuciłam mu się w objęcia. Przytulił mnie. Mocno. Nie miał ze sobą torby. Wyplątałam się z jego ramion i pozwoliłam mu wejść do środka.
   Stał w korytarzu z dłońmi niepewnie schowanymi w kieszeniach. Nie mogłam uwierzyć, że Diabeł może kiedykolwiek czuć się niepewnie.
   - Co jest, mała? – spytał, kiedy zaprowadziłam go do salonu i wskazałam fotel. Usiadł w nim, naprzeciwko mnie.
   Dotknęłam wciąż jeszcze mokrych warkoczyków. Nie miałam pojęcia, że przyznanie się do leku przed pustym domem może być takie zawstydzające.
   - Moja mama… - zaczęłam i zacięłam się. – Ona wyjechała na tydzień. Zostawiła mnie samą. Nie chcę być tu sama.
   Cisza. Diabeł nic nie mówił. Czekał.
   -  A ja… Mam problemy z zaśnięciem, gdy jestem sama w domu – przyznałam się. – Boję się ciemności.
   Czułam jak na moje policzki występują kwieciste rumieńce, których mimo wszystko nie było widać.
   - Jednak nie jesteś taka twarda, co? – oznajmił. Wystraszyłam się, że mnie wyśmieje.
   Dał mi znak dłonią, żebym do niego podeszła. Poklepał oparcie fotela. Oplótł mnie ramieniem.
   - Wiesz, że mam sporo roboty teraz na głowie. Mieszkać tu co prawda nie mogę, ale jeżeli będziesz chciała mogę zostawać na noc. – W momencie, gdy zorientował się co powiedział od razu się poprawił. – Znaczy się, będę spał na kanapie. Dobrze?
   Z ulgą pokiwałam głową.
   - Jakbyś czuła się tu naprawdę źle możesz przyjść do mnie. Ale tam chyba też nie będzie lepiej.
   - Nie trzeba.


   Diabeł posiedział u mnie dosłownie chwilę. Potem musiał wrócić do księgarni. Odprowadziłam go do drzwi frontowych pod pretekstem, pójścia do sklepu. Zamknął za nami drzwi na klucz. Za plecami usłyszałam szczęki zatrzymującej się windy. Przerażona odwróciłam się szybko. Wyszło z niej rodzeństwo. Cudnie, jeszcze ich mi tutaj brakowało.
   - Kogo widzą moje oczy? – roześmiał się Dominik. Frytka podeszła do swojej walizki, a on chciał dotknąć moich włosów.
   - Nie dotykaj jej – warknął Diabeł jednocześnie wkładając klucze do tylnej kieszeni moich spodni. Choć raz jego mania przywłaszczania wszystkiego się przydała.
   - Bo co? Bo mnie uderzysz? Ugryziesz? A może spróbujesz udusić?! Tak jak JĄ!
   Spojrzałam na Diabła. Jego oczy ciskały błyskawice. Miałam ochotę zabić Dominika.
   - Wiesz, że miałem rację. – Zniżył głos do szeptu. – Nikt nie wytrzyma z takim popierdoleńcem jak ty! Ona chciała od ciebie odejść, a ty nie mogłeś tego znieść i ją zabiłeś! Zabiłeś!
   - Nigdy nie miałeś racji! Ona należy do mnie. Była, jest i będzie moją własnością. Nigdy się do niej nie zbliżysz. – Chwycił mnie i wepchnął do windy.
   - Jeszcze zobaczymy – wysyczał Dominik do zamykających się drzwi.
    Zdążyłam jeszcze spojrzeć na Frytkę. Wyglądała jakby marzyła, by to wszystko się już skończyło. Podobnie zresztą jak ja…


   Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po wyjściu z bloku było zapalenie papierosa. Wciągałam jego dym głęboko do płuc i wydmuchiwałam zanieczyszczając jednocześnie powietrze. Oparłam się plecami o zimną ścianę. Diabeł stał obok.
   - Co to miało być? – warknęłam.
   Nie odpowiedział.
   - O co w tym wszystkim chodzi? Skąd ich znasz? Diable, ja się boję…
   Dalej nie zaszczycił mnie odpowiedzią.
   - Zabiłeś kogoś? Jakąś dziewczynę?
   Cisza.
   Spojrzałam na niego. Wydawał się taki nieobecny a zarazem skoncentrowany na czymś, czego nie mogłam zrozumieć. Zapatrzony gdzieś w przestrzeń. Jakby podziwiając te gnijące od środka drzewa.
   - Nie chcę być tam sama. Z nimi za ścianą. Mogę zostać u ciebie? Tylko na tę noc, jutro rano wrócę do siebie.
   Pokiwał twierdząco głowo. Objął ręką. Poprowadził mnie w stronę samochodu. Po drodze zgasiłam niedopałek i porzuciłam gdzieś w trawie. Wsiedliśmy do niego.
   - Możesz mi powiedzieć, o co z tym wszystkim chodzi?
   Zacisnął palce na kierownicy tak mocno, że zbielały mu kostki. Szczęki miażdżyły wzajemnie w walecznym boju. Z prawie białych oczu wyzierały wściekłość, determinacja, strach. Taka mieszanka uczuć u niego była zaskakująca. Zaskakująca i ciekawa. Narastająca ciekawość sprawiła, że coraz bardziej chciałam się dowiedzieć, o co chodzi.
   - Powiedz mi, co tu się dzieje. Proszę.
   Rzucił na mnie wzrokiem, by po chwili wrócić spojrzeniem do jezdni. Chciałam być świadoma całej tej historii toczącej się wokół mnie. A jedyną osobą, której mogłam zaufać był właśnie ignorujący mnie Diabeł.
   - Wyjaśnię ci wszystko u mnie.
   Ponownie skupił się na jezdni. Ugasiłam swój lęk kolejnym papierosem.


   Diabeł otworzył przede mną drzwi. Zostawiłam ciężkie buty w przedpokoju. Pokierował mnie do salonu. Z salonu odchodziło jedno łukowate przejście prowadzące do kuchni i drugie po przeciwnej stronie łączące pokój z sypialnią. Poszłam za nim do kuchni, a z kuchni przeszłam do przedpokoju.
   - Ładnie tu masz – pochwaliłam.
   Każdy kąt pachniał nim. Zastanawiałam się czy był tu kiedyś ktoś oprócz niego samego. Zapach był taki nienaruszony. Chciałam go o to zapytać, ale mnie uprzedził.
   - Jesteś drugą osobą, której pozwoliłem tu wejść – powiedział opierając się barkiem o futrynę drzwi.
   - Nie będę ci tu przeszkadzać?
   - Jeżeli będziesz posłuszna, nie powinnaś – jego oczy rozbłysły dziko.
   - Powiesz mi, co się dzieje? Skąd się wzięło to całe rodzeństwo? Czemu tyle wiedzą? – zapytałam w końcu. Patrzył na mnie twardo, sucho. Tak samo jak wtedy, gdy mnie dusił. Jakby ponownie chciał zacisnąć dłonie na mojej szyi. Wczepić się palcami w skórę. Zagłębić paznokcie w tchawicy. – Proszę – poruszyłam wargami bezgłośnie.
    W tym samym momencie zadzwonił jego telefon.
   Odebrał nawet na mnie nie spojrzawszy. Mruczał coś do słuchawki, kiwał głową i marszczył brwi.
   - … Tak, zaraz będę.
   Patrzyłam na niego z wyczekiwaniem. Schował komórkę z powrotem do kieszeni. Podszedł do mnie. Złapał za kark i przyciągnął.
   - To z księgarni, mają dostawę. Jestem im potrzebny.
   Nie zdążyłam pokiwać głową w odpowiedzi. Przycisnął swoje usta do moich. Mocno, wręcz boleśnie. Dzieliły nas tylko milimetry wolnej przestrzeni. Przepełniło mnie uczucie niewytłumaczalnej radości.
   - Wrócę przed wieczorem.
   Tym razem delikatnie muskał moje usta w romantycznym pocałunku. Mruknął coś i przygryzł moją wargę. Do krwi. Znowu jego wargi zaczęły brutalny taniec na moich. Popychał mnie delikatnie w stronę ściany. Dotknęłam jej plecami. Jego dłonie były wszędzie. Na ramionach, na plecach, na karku, na szyi, we włosach. Odwzajemniałam jego pocałunki.
   - Muszę iść.
   Jego palce sprawdzały czy w moim kręgosłupie nie brakuje jednego z kręgów.
    - Wiem – odpowiedziałam.
    Żadne z nas nie przestało. Wręcz przeciwnie. Wszystko stawało się coraz bardziej intymne. Pocałunki, dotyk, mieszające się oddechy. Wszystko było nasze. Rozsmarowywał moje skromne kropelki krwi językiem po ustach. Schodził coraz niżej. Zassał moją dolną wargę. Znaczył brodę. Szyję. Próbował moich siniaków. Przygryzał skórę. Chciał iść dalej.
    - Diable… Musisz iść – powiedziałam między ciężkimi oddechami. Naparłam na jego ramiona dając mu do zrozumienia, że to wszystko.
   - Muszę iść?
   - Tak, musisz iść.


   Wypaliłam z siedem papierosów. Nie chciałam myśleć o tym całym bagnie. I nie myślałam. Siedziałam w salonie Diabła protekcjonalnie wpatrując się w ekran telewizora. W wiadomościach wciąż trąbili o jakimś seryjnym mordercy na wolności, kanały muzyczne przeżywały powtórne zatrzęsienie tandety. Wyłączyłam w końcu telewizor.
   Zapalałam kolejną i kolejną fajkę. Wkrótce w pomieszczeniu zrobiło się gęsto od dymu. Moje płuca powoli zaczynały kapitulować i protestować na nowe pokłady trucizny. Ziewnęłam przeciągle. Za oknem robiło się coraz ciemniej, a moje serce waliło coraz mocniej. Lęk przed samotnością w mroku powracał. Pozapalałam wszystkie światła w mieszkaniu.
   - Gdzie jesteś, kiedy najbardziej cię potrzebuję… - mruknęłam.
   Jakby w odpowiedzi zadzwonił mój telefon. Numer prywatny. Dziwne. Dzwonek rozbrzmiał ponownie. Odebrałam.
   - Halo? – powiedziałam.
   - Idziesz do „Piwnicy”? – spytał kobiecy głos. – Chciałabym z tobą porozmawiać.
  Nic nie odpowiedziałam.
   - Potraktuję twoje milczenie jako zgodę. Będę u ciebie za kilka minut.
   - Frytko, jestem u swojego chłopaka – zdziwiło mnie jak spokojnie zabrzmiał mój głos.
   - U kogo? – wydawało mi się, że nie była w stanie przyswoić sobie tej informacji.
   - U Diabła, mojego chłopaka.
   - Tak, pewnie. Przyjdę. Gdzie to jest? – podałam jej dokładny adres. – Daj mi dwadzieścia minut.
   Z salonu poszłam do sypialni, gdzie stała szafa Diabła. Wyjęłam z niej krótką, dopasowaną skórzaną sukienkę, którą dałam mu kiedyś na wszelki wypadek. Taki wszelki wypadek jak ten. Na nogi wsunęłam swoje białe, dziesięciocentymetrowe platformy zostawione w przedpokoju, a w lusterku wiszącym na ścianie poprawiłam delikatnie swój makijaż. Przyjrzałam się sobie. Na sterylnym tle mieszkania odznaczał się moja skóra i siniaki. Z jakiejś półki wygrzebałam czarno-białą chustę, którą kupiłam mu na urodziny. Owinęłam ją sprawnie wokół szyi.
   Na lodówce w kuchni zostawiłam kartkę z informacją o moim wyjściu. Byłam świadoma, że popełniam kolejny karalny błąd.
   Zamknęłam drzwi, oczywiście nie na klucz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WS.