Wysiadłam o jeden
przystanek za późno. Okazało się, że przysnęłam z głową opartą o chłodną szybę.
Leniwym krokiem
skierowałam się w stronę blokowiska. Mijali mnie ludzie w garniturach od
najróżniejszych projektantów. Każdy z nich najpierw spoglądał na mnie z
zaciekawieniem, by za chwilę krzywić nos, czując przenoszony przeze mnie odór
stajni. Uśmiechałam się wtedy z tryumfem. Kiedy jeden z nich przechodził obok
mnie z papierosem w dłoni, ja również zapragnęłam zapalić, ale uświadomiłam
sobie, że jestem za blisko domu i nie warto tak ryzykować.
Podeszłam do
domofonu i wcisnęłam numer mojego mieszkania. Drzwi otworzyły się po chwili.
Windą wjechałam na dwunaste piętro. Zapukałam do drzwi. Otworzyła je matka z
telefonem przy uchu i groźną miną, która lekko rozjaśniła się na mój widok. Po
chwili nakrzyczała na rozmówcę po drugiej stronie słuchawki. Obróciła się na
pięcie, wysoka szpilka zachwiała się niebezpiecznie, a ona dalej stała pewnie
na nogach, jakby nie zauważyła drżącego buta. Stłumiłam chichot, gdy zobaczyłam
jak ciasna ołówkowa spódnica ogranicza jej ekspresyjne ruchy.
Poszłam za nią do
kuchni. Wszystko wyglądało tak jak to zostawiłam. Spojrzałam na telefon
podłączony do ładowania. Mama słuchając i marszcząc brwi bezgłośnie
powiedziała, że ktoś dzwonił. Faktycznie lampka powiadomiła mnie o mnóstwie
nieodebranych połączeń. Odłączyłam komórkę i pognałam do łazienki, zamknęłam
się w niej, ale nie na klucz. Z przestrzennej kuchni dalej dobiegał stanowczy
głos kobiety.
Położyłam telefon
na brzegu wanny. Napuściłam ciepłej wody i nalałam piany. Popatrzyła na czarne
szorty obsiane białą sierścią siwej, tak samo jak moje nogi.
Rozebrałam się.
Ubrania przesiąknięte zapachem stajni wrzuciłam do pralki. Włosy związałam w
niechlujny kok na karku.
Wsunęłam się do
wanny. Woda gryzła moje ciało, zatapiała w nim zęby. Zanurzyłam się w pianie po
szyję. Nadal suchą ręką sięgnęłam po telefon – miałam siedem nieodebranych
połączeń. Wszystkie były od Diabła. Czego on znowu ode mnie chce?, pomyślałam.
Wybrałam jego numer, ale nie wcisnęłam słuchawki. Przeszkodziła mi w tym mama.
- Kochanie, muszę
wracać do pracy. Pan Kazik znowu coś popieprzył z fakturami albo rachunkami –
sam nawet nie wie. Pewnie zejdzie mi do nocy. Spakuję się teraz i z biura pojadę
na lotnisko. – Musiałam zrobić duże oczy, bo zapytała z głową przyciśniętą do
framugi drzwi. – Mówiłam ci przecież, że szef organizuje jutro zjazd w Norwegi
dla pracowników i sponsorów. Mówiłam ci? Może nie mówiłam. Ale już wiesz.
Wracam w czwartek – ten za tydzień oczywiście. – Uśmiechnęła się
przepraszająco. – Poradzisz sobie przez ten czas? Na lodówce zostawiłam ci… -
Nie słuchałam jej, a ona dalej prowadziła swój monolog. – Pa, słonko – posłała
mi całusa.
Telefon
niebezpiecznie zadrżał w mojej dłoni. Groził mu śmiertelny upadek do wody. Po
chwili usłyszałam stukot kółek walizki na panelach w korytarzu. Szczęk kluczy.
Trzask drzwi frontowych. Mieszkanie zapadło się w ciszy, a ja zatopiłam we
własnym lęku.
Od zawsze bałam się
ciemności. Odkąd pamiętam, nigdy nie potrafiłam zasnąć, gdy nikogo nie było
przy mnie. Z czasem się to poprawiło – wystarczyło jedno łóżko, pokój, dom.
Ktoś mógłby być na końcu mieszkania, ale ważne by był. Gdzieś kiedyś wyczytałam, że
to rodzaj bezsenności (w co szczerze wątpiłam), na którą cierpią
homoseksualiści. Natomiast jedna z koleżanek mamy stwierdziła, że to przez brak
ojca. Nie wiem, może coś w tym jest. Albo jestem zwyczajnie nienormalna. Do
dziesiątego roku życia spałam z mamą w jednym łóżku.
Normalnie, kiedy
mama wyjeżdżała lub nie było jej na noc, dzwoniłam do cioci i mogłam spokojnie
spać – ale w zeszłym miesiącu ciocia zmarła. Nie widziałam, do kogo teraz
zadzwonić, a na dodatek ta sprawa z sąsiadami.
Z drżącymi palcami
zadzwoniłam do Diabła.
- Co jest mała?
Czemu nie… - zaczął.
- Czy mógłbyś do
mnie przyjechać? Teraz? – spytałam drżącym głosem. Słyszałam jak wstaje z
krzesła. – A najlepiej na tydzień?
Rozpłakałam się.
Diabeł bywał u
mnie… Właściwie to w ogóle u mnie nie bywał. Tylko po mnie zachodził od czasu
do czasu. Przyjechał w niecałe dziesięć minut. Za ten czas zdążyłam osuszyć
oczy z łez, wyjść z wanny, a nawet ubrać. Położyłam się w moim pokoju i
czekałam.
Najpierw zadzwonił
domofon, potem szczęknęła maszyneria windy, a na koniec zaczęło się delikatne
pukanie do drzwi.
Zaczęłam się
zastanawiać czy dobrym pomysłem było dzwonienie po Diabła.
Szybko wstałam z
łóżka. Pobiegłam do drzwi. Szamotałam się trochę z zamkiem. Otworzyłam je. W
progu stał on ze zmartwioną miną. Bezmyślnie rzuciłam mu się w objęcia.
Przytulił mnie. Mocno. Nie miał ze sobą torby. Wyplątałam się z jego ramion i
pozwoliłam mu wejść do środka.
Stał w korytarzu z
dłońmi niepewnie schowanymi w kieszeniach. Nie mogłam uwierzyć, że Diabeł może
kiedykolwiek czuć się niepewnie.
- Co jest, mała? –
spytał, kiedy zaprowadziłam go do salonu i wskazałam fotel. Usiadł w nim,
naprzeciwko mnie.
Dotknęłam wciąż
jeszcze mokrych warkoczyków. Nie miałam pojęcia, że przyznanie się do leku
przed pustym domem może być takie zawstydzające.
- Moja mama… -
zaczęłam i zacięłam się. – Ona wyjechała na tydzień. Zostawiła mnie samą. Nie
chcę być tu sama.
Cisza. Diabeł nic
nie mówił. Czekał.
- A ja… Mam problemy z zaśnięciem, gdy jestem
sama w domu – przyznałam się. – Boję się ciemności.
Czułam jak na moje
policzki występują kwieciste rumieńce, których mimo wszystko nie było widać.
- Jednak nie jesteś
taka twarda, co? – oznajmił. Wystraszyłam się, że mnie wyśmieje.
Dał mi znak dłonią,
żebym do niego podeszła. Poklepał oparcie fotela. Oplótł mnie ramieniem.
- Wiesz, że mam
sporo roboty teraz na głowie. Mieszkać tu co prawda nie mogę, ale jeżeli
będziesz chciała mogę zostawać na noc. – W momencie, gdy zorientował się co
powiedział od razu się poprawił. – Znaczy się, będę spał na kanapie. Dobrze?
Z ulgą pokiwałam
głową.
- Jakbyś czuła się
tu naprawdę źle możesz przyjść do mnie. Ale tam chyba też nie będzie lepiej.
- Nie trzeba.
Diabeł posiedział u
mnie dosłownie chwilę. Potem musiał wrócić do księgarni. Odprowadziłam go do
drzwi frontowych pod pretekstem, pójścia do sklepu. Zamknął za nami
drzwi na klucz. Za plecami usłyszałam szczęki zatrzymującej się windy.
Przerażona odwróciłam się szybko. Wyszło z niej rodzeństwo. Cudnie, jeszcze ich
mi tutaj brakowało.
- Kogo widzą moje
oczy? – roześmiał się Dominik. Frytka podeszła do swojej walizki, a on chciał
dotknąć moich włosów.
- Nie dotykaj jej – warknął Diabeł jednocześnie wkładając klucze do tylnej kieszeni moich spodni.
Choć raz jego mania przywłaszczania wszystkiego się przydała.
- Bo co? Bo mnie
uderzysz? Ugryziesz? A może spróbujesz udusić?! Tak jak JĄ!
Spojrzałam na
Diabła. Jego oczy ciskały błyskawice. Miałam ochotę zabić Dominika.
- Wiesz, że miałem
rację. – Zniżył głos do szeptu. – Nikt nie wytrzyma z takim popierdoleńcem jak ty!
Ona chciała od ciebie odejść, a ty nie mogłeś tego znieść i ją zabiłeś!
Zabiłeś!
- Nigdy nie miałeś
racji! Ona należy do mnie. Była, jest i będzie moją własnością. Nigdy się do
niej nie zbliżysz. – Chwycił mnie i wepchnął do windy.
- Jeszcze zobaczymy
– wysyczał Dominik do zamykających się drzwi.
Zdążyłam jeszcze
spojrzeć na Frytkę. Wyglądała jakby marzyła, by to wszystko się już skończyło.
Podobnie zresztą jak ja…
Pierwszą rzeczą,
jaką zrobiłam po wyjściu z bloku było zapalenie papierosa. Wciągałam jego dym
głęboko do płuc i wydmuchiwałam zanieczyszczając jednocześnie powietrze.
Oparłam się plecami o zimną ścianę. Diabeł stał obok.
- Co to miało być?
– warknęłam.
Nie odpowiedział.
- O co w tym
wszystkim chodzi? Skąd ich znasz? Diable, ja się boję…
Dalej nie
zaszczycił mnie odpowiedzią.
- Zabiłeś kogoś?
Jakąś dziewczynę?
Cisza.
Spojrzałam na
niego. Wydawał się taki nieobecny a zarazem skoncentrowany na czymś, czego nie
mogłam zrozumieć. Zapatrzony gdzieś w przestrzeń. Jakby podziwiając te gnijące
od środka drzewa.
- Nie chcę być tam
sama. Z nimi za ścianą. Mogę zostać u ciebie? Tylko na tę noc, jutro rano wrócę
do siebie.
Pokiwał twierdząco
głowo. Objął ręką. Poprowadził mnie w stronę samochodu. Po drodze zgasiłam
niedopałek i porzuciłam gdzieś w trawie. Wsiedliśmy do niego.
- Możesz mi
powiedzieć, o co z tym wszystkim chodzi?
Zacisnął palce na
kierownicy tak mocno, że zbielały mu kostki. Szczęki miażdżyły wzajemnie w
walecznym boju. Z prawie białych oczu wyzierały wściekłość, determinacja,
strach. Taka mieszanka uczuć u niego była zaskakująca. Zaskakująca i ciekawa.
Narastająca ciekawość sprawiła, że coraz bardziej chciałam się dowiedzieć, o co
chodzi.
- Powiedz mi, co tu
się dzieje. Proszę.
Rzucił na mnie
wzrokiem, by po chwili wrócić spojrzeniem do jezdni. Chciałam być świadoma
całej tej historii toczącej się wokół mnie. A jedyną osobą, której mogłam
zaufać był właśnie ignorujący mnie Diabeł.
- Wyjaśnię ci
wszystko u mnie.
Ponownie skupił się
na jezdni. Ugasiłam swój lęk kolejnym papierosem.
Diabeł otworzył
przede mną drzwi. Zostawiłam ciężkie buty w przedpokoju. Pokierował mnie do
salonu. Z salonu odchodziło jedno łukowate przejście prowadzące do kuchni i
drugie po przeciwnej stronie łączące pokój z sypialnią. Poszłam za nim do
kuchni, a z kuchni przeszłam do przedpokoju.
- Ładnie tu masz –
pochwaliłam.
Każdy kąt pachniał
nim. Zastanawiałam się czy był tu kiedyś ktoś oprócz niego samego. Zapach był
taki nienaruszony. Chciałam go o to zapytać, ale mnie uprzedził.
- Jesteś drugą
osobą, której pozwoliłem tu wejść – powiedział opierając się barkiem o futrynę
drzwi.
- Nie będę ci tu
przeszkadzać?
- Jeżeli będziesz
posłuszna, nie powinnaś – jego oczy rozbłysły dziko.
- Powiesz mi, co
się dzieje? Skąd się wzięło to całe rodzeństwo? Czemu tyle wiedzą? – zapytałam
w końcu. Patrzył na mnie twardo, sucho. Tak samo jak wtedy, gdy mnie dusił. Jakby
ponownie chciał zacisnąć dłonie na mojej szyi. Wczepić się palcami w skórę.
Zagłębić paznokcie w tchawicy. – Proszę – poruszyłam wargami bezgłośnie.
W tym samym
momencie zadzwonił jego telefon.
Odebrał nawet na
mnie nie spojrzawszy. Mruczał coś do słuchawki, kiwał głową i marszczył brwi.
- … Tak, zaraz
będę.
Patrzyłam na niego
z wyczekiwaniem. Schował komórkę z powrotem do kieszeni. Podszedł do mnie.
Złapał za kark i przyciągnął.
- To z księgarni,
mają dostawę. Jestem im potrzebny.
Nie zdążyłam
pokiwać głową w odpowiedzi. Przycisnął swoje usta do moich. Mocno, wręcz
boleśnie. Dzieliły nas tylko milimetry wolnej przestrzeni. Przepełniło mnie
uczucie niewytłumaczalnej radości.
- Wrócę przed
wieczorem.
Tym razem
delikatnie muskał moje usta w romantycznym pocałunku. Mruknął coś i przygryzł
moją wargę. Do krwi. Znowu jego wargi zaczęły brutalny taniec na moich. Popychał
mnie delikatnie w stronę ściany. Dotknęłam jej plecami. Jego dłonie były
wszędzie. Na ramionach, na plecach, na karku, na szyi, we włosach.
Odwzajemniałam jego pocałunki.
- Muszę iść.
Jego palce
sprawdzały czy w moim kręgosłupie nie brakuje jednego z kręgów.
- Wiem –
odpowiedziałam.
Żadne z nas nie
przestało. Wręcz przeciwnie. Wszystko stawało się coraz bardziej intymne.
Pocałunki, dotyk, mieszające się oddechy. Wszystko było nasze. Rozsmarowywał
moje skromne kropelki krwi językiem po ustach. Schodził coraz niżej. Zassał
moją dolną wargę. Znaczył brodę. Szyję. Próbował moich siniaków. Przygryzał
skórę. Chciał iść dalej.
- Diable… Musisz
iść – powiedziałam między ciężkimi oddechami. Naparłam na jego ramiona dając mu
do zrozumienia, że to wszystko.
- Muszę iść?
- Tak, musisz iść.
Wypaliłam z siedem
papierosów. Nie chciałam myśleć o tym całym bagnie. I nie myślałam. Siedziałam
w salonie Diabła protekcjonalnie wpatrując się w ekran telewizora. W
wiadomościach wciąż trąbili o jakimś seryjnym mordercy na wolności, kanały
muzyczne przeżywały powtórne zatrzęsienie tandety. Wyłączyłam w końcu telewizor.
Zapalałam kolejną i
kolejną fajkę. Wkrótce w pomieszczeniu zrobiło się gęsto od dymu. Moje płuca
powoli zaczynały kapitulować i protestować na nowe pokłady trucizny. Ziewnęłam
przeciągle. Za oknem robiło się coraz ciemniej, a moje serce waliło coraz mocniej.
Lęk przed samotnością w mroku powracał. Pozapalałam wszystkie światła w
mieszkaniu.
- Gdzie jesteś,
kiedy najbardziej cię potrzebuję… - mruknęłam.
Jakby w odpowiedzi
zadzwonił mój telefon. Numer prywatny. Dziwne. Dzwonek rozbrzmiał ponownie. Odebrałam.
- Halo? –
powiedziałam.
- Idziesz do
„Piwnicy”? – spytał kobiecy głos. – Chciałabym z tobą
porozmawiać.
Nic nie
odpowiedziałam.
- Potraktuję twoje
milczenie jako zgodę. Będę u ciebie za kilka minut.
- Frytko, jestem u
swojego chłopaka – zdziwiło mnie jak spokojnie zabrzmiał mój głos.
- U kogo? –
wydawało mi się, że nie była w stanie przyswoić sobie tej informacji.
- U Diabła, mojego
chłopaka.
- Tak, pewnie.
Przyjdę. Gdzie to jest? – podałam jej dokładny adres. – Daj mi dwadzieścia
minut.
Z salonu poszłam do
sypialni, gdzie stała szafa Diabła. Wyjęłam z niej krótką, dopasowaną skórzaną
sukienkę, którą dałam mu kiedyś na wszelki wypadek. Taki wszelki wypadek jak
ten. Na nogi wsunęłam swoje białe, dziesięciocentymetrowe platformy zostawione
w przedpokoju, a w lusterku wiszącym na ścianie poprawiłam delikatnie swój
makijaż. Przyjrzałam się sobie. Na sterylnym tle mieszkania odznaczał się moja
skóra i siniaki. Z jakiejś półki wygrzebałam czarno-białą chustę, którą kupiłam
mu na urodziny. Owinęłam ją sprawnie wokół szyi.
Na lodówce w kuchni
zostawiłam kartkę z informacją o moim wyjściu. Byłam świadoma, że popełniam kolejny
karalny błąd.
Zamknęłam drzwi,
oczywiście nie na klucz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz