Rozdział pisany do: ---, ---, ---
3 lipca, czwartek
Obudziłam się…
późno. Diabła już przy mnie nie było. Pewnie pojechał do księgarni. Wstałam z
łóżka, przeniosłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic i założyłam swoje
wczorajsze ubranie.
W kuchni na stole
czekało na mnie śniadanie oraz czarna chłodna kawa. Obok talerza leżała
karteczka: „Te klucze są dla ciebie”. Wzięłam je i schowałam do kieszeni. Po
zjedzeniu i dopiciu kawy pozmywałam naczynia. Zebrałam wszystkie swoje rzeczy.
Zamknęłam drzwi swoim kluczem.
Specjalnie
zostawiłam niepościelone łóżko.
W domu nakarmiłam
jeża i zamówiłam chińczyka. Założyłam czystą bieliznę i ubrania. Zamknęłam
sypialnię mamy, nie chciałam na nią patrzeć. Byłam na nią wściekła. Nie tylko
dlatego, że zostawiła mnie tu w takim stanie, ale również z powodu przerwania
mojego wyznania. Zepsuła chwilę. Nie powiedziałam Diabłu jak bardzo go
kochałam, jak bardzo mi na nim zależy i jaki jest dla mnie ważny. Nie miała
prawa ingerować w moje życie w taki czy inny sposób.
Usiadłam w salonie.
Włączyłam telewizor i komputer. Akurat trafiłam na program muzyczny, gdzie
puszczali wszystkie kawałki Hollywood Undead. Mimo że nikt ich nie obdarował
talentem i tak byli jednymi z moich ulubionych muzyków.
Zalogowałam się na
skypie. Pojawiło się moje zdjęcie. Mój brzuch, nogi i końcówki warkoczyków.
Diabeł nic nie wiedział o tym koncie. Kiedy tylko przełączyłam swój status na
dostępny, jeden z kontaktów również to zrobił. Uśmiechnęłam się.
Zostałam poproszona
o rozmowę na kamerce. Właściwie to sama chciałam z nim porozmawiać.
- Hello,
lovelyprincess – powiedział chłopak o zielono-piwnych oczach i ciemnych kudłach.
Wyglądał na chudszego niż wcześniej.
- Słuchaj, Motylku,
wiesz przecież, że to tylko nick. Na imię mam Inka, ile ci to jeszcze będę ci
przypominać – przemówiłam nieco szorstko.
- Widzisz, a ja mam
na imię Daniel i ty podobno o tym wiesz.
- Cześć, Danielu.
- Cześć, Inko.
Tęskniłem – mruknął nieśmiało.
- Nie było mnie
tylko kilka dni.
- Dokładnie to
cztery, nawet nie wiesz kiedy ostatnio ze mną rozmawiałaś.
- Nie o to chodzi.
Dużo się wydarzyło – zamilkłam. – Jadłeś coś przez ten czas?
Nie odpowiedział.
- Miałeś jeść!
Chociaż trochę. Koszulka tak na tobie nie wisiała…
- A ty miałaś być wczoraj
– przerwał mój wywód. – Gdzie byłaś?
Odpowiedziałam
dopiero po chwili.
- U Diabła. Moja
mama wyjechał, ciocia nie żyje. Nie miałam z kim zostać – broniłam się.
- Mógł cię zabić!
- Mogłeś się
zagłodzić! Co ja bym wtedy zrobiła? Jakbyś umarł? Matka ma mnie gdzieś, nie
czuję się bezpiecznie we własnym domu, więc proszę nie krzycz na mnie. Zostaw
Diabła w spokoju, bo on jako jedyny jest blisko mnie.
- Jak to nie
czujesz się bezpiecznie? – przemilczał moje ostatnie zdanie. Jego głos
przyjemnie złagodniał.
Opowiedziałam mu o
wszystkim, co się działo przez ostatnie dni z towarzystwem łez w swoich oczach.
- Nie płacz, Inko –
powiedział po wszystkim. - W co ty się wpakowałaś. Musisz przestać się z nimi
wszystkimi widywać. Najlepiej by było jakbyś wyjechała. Akurat mam w domu jeden
wolny pokój. Mogłabyś przyjechać na tydzień albo dłużej… - mówił na tyle szybko i
cicho, że ledwo go rozumiałam. Jego słowa zlewały się w jeden zlepek oddechu.
- Daniel, wiesz, że
jesteś dla mnie ważny. Kocham cię jak brata, ale nie mogę od tego uciekać, mimo
że ostatnie wydarzenia są trochę przerażające.
- Właśnie, jak
brata… - warknął pod nosem.
- Wiesz, że nie
mogę inaczej.
Uśmiechnął się
smutno.
- Ale jak będzie
tam naprawdę tragicznie to spodziewaj się mnie w swoim progu, Motylku.
- Drzwi dla ciebie
zawsze stoją otworem.
- Będę pamiętać.
Ale żeby mieć możliwość skorzystania z twojej propozycji musisz zacząć jeść –
pouczyłam go.
- Nie mogę
uwierzyć, że małolata grozi mi palcem – zaśmiał się, a jego kościste ramiona
zadrżały.
- Mówię poważnie.
- Dobrze, mamo.
Zresztą jaki idiota by się głodził.
- Znam jednego.
Zaczęliśmy się
obrażać nawzajem w żartobliwy sposób. Cholernie żałowałam, że nie poznałam go
wcześniej. Chciałam do niego uciec.
Rozmowę przerwało
nam pukanie do drzwi. Przeprosiłam Daniela na chwilę. To pewnie był dostawca z
restauracji. Zapłaciłam, a po zamknięciu drzwi spostrzegłam wystającą z buta
kartkę. Dziwne, że wcześniej jej nie zauważyłam ani nie poczułam.
Wzięłam ją do ręki.
Widniał na niej numer telefonu i jakieś krzywe logo. To chyba jakaś wizytówka.
Pewnie Diabeł trzymał ją na półce, a ona wpadła do mojego buta. Zaniosłam
chińszczyznę do salonu i zaczęłam jeść pałeczkami dołączonymi do pudełka.
- Kojarzysz może to
logo? – Pokazałam mu wizytówkę, nakręcając na pałeczki makaron z warzywami.
- Tak –
odpowiedział. – Skąd to masz?
- Znalazłam w swoim
bucie.
- W bucie?
- Tak. Musiała
spaść z szafki u Diabła.
- To logo jednego z
salonów tatuażu i piercingu. Zrobiłem sobie w nim to.
Wstał i pokazał
słowa wytatuowane na kości biodrowej zbyt niewyraźne do odczytania.
- Ładny, co to?
- Musisz się
przekonać na własne oczy – mruknął i od razu spłonął czerwienią.
- Daniel, wiesz, że
to nie działa w taki sposób.
- Wiem i bardzo
żałuję, że tak nie jest – szepnął i myślał chyba, że nie usłyszałam.
- Muszę kończyć,
odezwę się wieczorem.
Rozłączyłam się
zanim odpowiedział cokolwiek. Poszukałam w Internecie informacji dotyczących
owego salonu tatuażu. Okazało się, że jeden znajduje się również w moim
mieście. I łutem szczęścia był kilka minut drogi od mojego domu. Zapisałam
sobie dokładny adres, ale mimo to znalazłam go bez problemu. Wejście znajdowało
się w ciemnej uliczce. Nad drzwiami wisiał spory emblemat z logiem. Pęknięte
fioletowe serce na dodatek przebite strzałą z artystyczną nazwą w samym środku.
- Morfina –
mruknęłam. - Całkiem oryginalnie. - Co prawda nazwa pasowała bardziej do
taniego klubu ze striptizem niż popularnego salonu tatuażu, ale są gusta i
guściki – o nich się nie dyskutuje.
Gdy weszłam do
środka od razu ogarnął mnie ciężki zapach męskich perfum i sterylnie
zapakowanych igieł. Rozejrzałam się. Wszystko było albo fioletowe, albo
skórzane i czarne. Sam wystrój utwierdził mnie w tym, że nie ma tu miejsca na
niezdecydowanych klientów. Ostre krawędzie mebli musiały skutecznie odstraszać
niepewnych gości. Z prawej strony ujrzałam przeszkloną ladę pełną stalowych
kolczyków i wzorców tatuażu. Natomiast za nią siedział punk o kanarkowożółtych
włosach.
- Czym mogę służyć?
– zapytał unosząc powieki oczu i zdejmując nogi z kontuaru. Mimo to dalej na
mnie nie patrzył.
- Chciałabym poznać
cenę za tatuaż i kolczyk – mruknęłam, drapiąc się jednocześnie po policzku.
- Pozwolenie od
rodziców jest?
- Nie.
- Więc zmykaj stąd,
sikoreczko? Nie robię nic na czarno.
- Nie potrzebuję go
– oświadczyłam z mocą.
- To może jesteś
pełnoletnia? – Nie dało się nie wyczuć kpiny w jego głosie, która miała sprawić
bym poczuła się, jak niepewna szczylówa.
- Nie.
- Co ty tu w takim
razie robisz?
- Dostałam zaproszenie - pomachałam wizytówką w dłoni. Wątpiłam by ot tak wpadła do mojego buta. Ktoś musiał mi ja podrzucić. I ten ktoś siedział właśnie przede mną.
Przyglądał mi się dłuższą chwilę, jakby sprawdzał w jaki sposób skutecznie się mnie pozbyć bez narobienia sobie problemów z prawem. Tak, zdecydowanie wyglądał na takiego typka.
- Zatem słucham. Co z tymi twoimi życzeniami?
Wypowiedziawszy te
słowa, skrzyżował swoje ręce na piersiach, nieprzerwanie starając się wywołać
dyskomfort swoim spojrzeniem.
- Albo gnijący
motyl na kości biodrowej, albo kirin. Ale nie taki na pół cielska, takiej
ilości pieniędzy nie mam. Mówię o takim skromnym kirinie. Taki jak ten… -
przyjrzałam się uważniej jego szyi. Byłam pewna, że tam widziałam takiego o
jakiego mi aktualnie chodziło. – Jak ten na twoim karku! Coś podobnego, tylko
mniej gangsterskiego – stwierdziłam z przekąsem. Byłam prawie pewna, że kącik
jego ust drgnął w leciutkim uśmiechu na moje słowa.
- A co z
kolczykiem? – drążył dalej.
- Zastanawiałam się
nad Christiną – moje usta przybrały zadziorny wygląd. - Ale jak zrobię wzory
nie zostanie mi na kolczyk.
Jego ramiona
opadły, natomiast oczy sprawiały wrażenie, jakby miały zamiar uciec z jego
orbit i potoczyć się po ziemi pod ladę, na której niedawno trzymał swoje
ciężkie buty.
- Ile ty masz lat,
dziewczyno? – nie krył zdziwienia w swoim głosie.
- Piętnaście.
- I chcesz sobie
zrobić Christinę? Dla kogo? Bo chyba nie dla siebie? Dla Diabła?
Nie zdziwiłam się,
że mnie rozpoznał, że w ogóle mnie zapamiętał.
- Nie, dla siebie.
Nikt nie będzie go oglądał.
Patrzył na mnie
sceptycznie, ale wstrzymał się od wrednych komentarzy i wskazał na zniszczoną
pufę stojącą obok.
- Siadaj,
wybierzemy wzory.
A sam wyjął z lady
trzy grube segregatory. Położył je na szklanym stoliczku do kawy przede mną.
Usiadł naprzeciwko na niskim stołku. Wziął ze sobą również szkicownik i ołówek.
Chwyciłam za pierwszy z segregatorów.
- Chciałabym
naprawdę ładnego zombie-motyla lub klasycznego kirina.
- Zombie-motyl…
Kirin jest mojego własnego projektu – mruknął i wsunął mi w ręce inny
segregator. – Tu są wszystkie owady i robaki, podstawowe wzory. A na końcu
kilku zombiaków.
Czekał na moją
reakcję, lecz ja byłam zajęta podziwianiem projektów jego pająków, mrówek i
much. Zakochałam się w jednym motylu i ćmie. Byłam rozdarta.
- Chciałabym pół
motyla i pół ćmę. Coś w ten deseń – wskazałam na oba rysunki. – Tylko
podgnitego.
- W porządku.
Pochylił się nad
szkicownikiem. Przypatrywałam się jego miękkim rucham nadgarstków.
- Co robiłeś
wczoraj u Diabła? – spytałam po chwili.
- A jednak po to tu przyszłaś – nie przestał szkicować.
– Po prostu fajnie byłoby
wiedzieć kim jesteś. – Rozparłam się na pufie i wpatrywałam w sufit.
- Zrobię ci tę
Christinę.
- Co? – Zerwałam
się, by po chwili znowu opaść na siedzenie. – A ty nie masz tu jakiejś
pracującej laski?
- Już nie chcesz?
Strach cię obleciał? – uniósł kąciki ust.
- Nie, dla mnie
żaden problem. Diabeł cię zabije, o to się martwię.
- Już nie raz
próbował mnie zabić, a jednak wciąż tu jestem. – Starł kilka zbędnych
szczegółów gumką. Zaraz potem wstał by ponownie podejść do lady. Wrócił z
pojemnikiem pełnym srebrzących się kawałków ze stali chirurgicznej. – Wybierz
kolczyk, nie polecam kółek na początek, będzie się długo babrać. Szczególnie
Christina. – Po czym powrócił do kreślenia ołówkiem.
- Chcesz go zrobić
już dziś? – zapytałam zdziwiona.
- A ty nie chcesz?
– również nie krył się ze swoim zdziwieniem.
- Nie mam przy
sobie kasy i mam wrażenie, że twój cennik nie jest na moją kieszeń…
- Skąd taka myśl? –
Znów pochylił się nad zeszytem.
- Patrzę na
portfolio i chyba mnie jednak na to nie stać.
- Zrobię ci każdy
kolczyk, każdy tatuaż, pod jednym warunkiem.
- Że zapłacę w
naturze? – zażartowałam.
- Że przestaniesz
się spotykać z Diabłem i Dominikiem.
- A kim ty niby jesteś,
by stawiać takie warunki?
Przyszpiliłam go
wzrokiem, na co uśmiechnął się szeroko.
- Wybrałaś już?
- Tak.
- Zapraszam do
pokoju.
Wskazał na łukowate
przejście prowadzące do ciemnego pomieszczenia. Jedynym przedmiotem jaki mogłam
w nim dostrzec ze swojego miejsca było krzesło z białym napisem „Dante” na
oparciu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz