poniedziałek, 8 czerwca 2015

~ 05 ~

Rozdział pisany do: ---, ---, ---

   3 lipca, czwartek
   Obudziłam się… późno. Diabła już przy mnie nie było. Pewnie pojechał do księgarni. Wstałam z łóżka, przeniosłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic i założyłam swoje wczorajsze ubranie.
   W kuchni na stole czekało na mnie śniadanie oraz czarna chłodna kawa. Obok talerza leżała karteczka: „Te klucze są dla ciebie”. Wzięłam je i schowałam do kieszeni. Po zjedzeniu i dopiciu kawy pozmywałam naczynia. Zebrałam wszystkie swoje rzeczy. Zamknęłam drzwi swoim kluczem.
   Specjalnie zostawiłam niepościelone łóżko.


   W domu nakarmiłam jeża i zamówiłam chińczyka. Założyłam czystą bieliznę i ubrania. Zamknęłam sypialnię mamy, nie chciałam na nią patrzeć. Byłam na nią wściekła. Nie tylko dlatego, że zostawiła mnie tu w takim stanie, ale również z powodu przerwania mojego wyznania. Zepsuła chwilę. Nie powiedziałam Diabłu jak bardzo go kochałam, jak bardzo mi na nim zależy i jaki jest dla mnie ważny. Nie miała prawa ingerować w moje życie w taki czy inny sposób.
   Usiadłam w salonie. Włączyłam telewizor i komputer. Akurat trafiłam na program muzyczny, gdzie puszczali wszystkie kawałki Hollywood Undead. Mimo że nikt ich nie obdarował talentem i tak byli jednymi z moich ulubionych muzyków.
   Zalogowałam się na skypie. Pojawiło się moje zdjęcie. Mój brzuch, nogi i końcówki warkoczyków. Diabeł nic nie wiedział o tym koncie. Kiedy tylko przełączyłam swój status na dostępny, jeden z kontaktów również to zrobił. Uśmiechnęłam się.
   Zostałam poproszona o rozmowę na kamerce. Właściwie to sama chciałam z nim porozmawiać.
   - Hello, lovelyprincess – powiedział chłopak o zielono-piwnych oczach i ciemnych kudłach. Wyglądał na chudszego niż wcześniej.
   - Słuchaj, Motylku, wiesz przecież, że to tylko nick. Na imię mam Inka, ile ci to jeszcze będę ci przypominać – przemówiłam nieco szorstko.
   - Widzisz, a ja mam na imię Daniel i ty podobno o tym wiesz.
   - Cześć, Danielu.
   - Cześć, Inko. Tęskniłem – mruknął nieśmiało.
   - Nie było mnie tylko kilka dni.
   - Dokładnie to cztery, nawet nie wiesz kiedy ostatnio ze mną rozmawiałaś.
   - Nie o to chodzi. Dużo się wydarzyło – zamilkłam. – Jadłeś coś przez ten czas?
   Nie odpowiedział.
   - Miałeś jeść! Chociaż trochę. Koszulka tak na tobie nie wisiała…
   - A ty miałaś być wczoraj – przerwał mój wywód. – Gdzie byłaś?
   Odpowiedziałam dopiero po chwili.
   - U Diabła. Moja mama wyjechał, ciocia nie żyje. Nie miałam z kim zostać – broniłam się.
   - Mógł cię zabić!
   - Mogłeś się zagłodzić! Co ja bym wtedy zrobiła? Jakbyś umarł? Matka ma mnie gdzieś, nie czuję się bezpiecznie we własnym domu, więc proszę nie krzycz na mnie. Zostaw Diabła w spokoju, bo on jako jedyny jest blisko mnie.
   - Jak to nie czujesz się bezpiecznie? – przemilczał moje ostatnie zdanie. Jego głos przyjemnie złagodniał.
   Opowiedziałam mu o wszystkim, co się działo przez ostatnie dni z towarzystwem łez w swoich oczach.
   - Nie płacz, Inko – powiedział po wszystkim. - W co ty się wpakowałaś. Musisz przestać się z nimi wszystkimi widywać. Najlepiej by było jakbyś wyjechała. Akurat mam w domu jeden wolny pokój. Mogłabyś przyjechać na tydzień albo dłużej… - mówił na tyle szybko i cicho, że ledwo go rozumiałam. Jego słowa zlewały się w jeden zlepek oddechu.
   - Daniel, wiesz, że jesteś dla mnie ważny. Kocham cię jak brata, ale nie mogę od tego uciekać, mimo że ostatnie wydarzenia są trochę przerażające.
   - Właśnie, jak brata… - warknął pod nosem.
   - Wiesz, że nie mogę inaczej.
   Uśmiechnął się smutno.
   - Ale jak będzie tam naprawdę tragicznie to spodziewaj się mnie w swoim progu, Motylku.
   - Drzwi dla ciebie zawsze stoją otworem.
   - Będę pamiętać. Ale żeby mieć możliwość skorzystania z twojej propozycji musisz zacząć jeść – pouczyłam go.
   - Nie mogę uwierzyć, że małolata grozi mi palcem – zaśmiał się, a jego kościste ramiona zadrżały.
   - Mówię poważnie.
   - Dobrze, mamo. Zresztą jaki idiota by się głodził.
   - Znam jednego.
   Zaczęliśmy się obrażać nawzajem w żartobliwy sposób. Cholernie żałowałam, że nie poznałam go wcześniej. Chciałam do niego uciec.


   Rozmowę przerwało nam pukanie do drzwi. Przeprosiłam Daniela na chwilę. To pewnie był dostawca z restauracji. Zapłaciłam, a po zamknięciu drzwi spostrzegłam wystającą z buta kartkę. Dziwne, że wcześniej jej nie zauważyłam ani nie poczułam.
   Wzięłam ją do ręki. Widniał na niej numer telefonu i jakieś krzywe logo. To chyba jakaś wizytówka. Pewnie Diabeł trzymał ją na półce, a ona wpadła do mojego buta. Zaniosłam chińszczyznę do salonu i zaczęłam jeść pałeczkami dołączonymi do pudełka.
   - Kojarzysz może to logo? – Pokazałam mu wizytówkę, nakręcając na pałeczki makaron z warzywami.
   - Tak – odpowiedział. – Skąd to masz?
   - Znalazłam w swoim bucie.
   - W bucie?
   - Tak. Musiała spaść z szafki u Diabła.
   - To logo jednego z salonów tatuażu i piercingu. Zrobiłem sobie w nim to.
   Wstał i pokazał słowa wytatuowane na kości biodrowej zbyt niewyraźne do odczytania.
   - Ładny, co to?
   - Musisz się przekonać na własne oczy – mruknął i od razu spłonął czerwienią.
   - Daniel, wiesz, że to nie działa w taki sposób.
   - Wiem i bardzo żałuję, że tak nie jest – szepnął i myślał chyba, że nie usłyszałam.
   - Muszę kończyć, odezwę się wieczorem.
   Rozłączyłam się zanim odpowiedział cokolwiek. Poszukałam w Internecie informacji dotyczących owego salonu tatuażu. Okazało się, że jeden znajduje się również w moim mieście. I łutem szczęścia był kilka minut drogi od mojego domu. Zapisałam sobie dokładny adres, ale mimo to znalazłam go bez problemu. Wejście znajdowało się w ciemnej uliczce. Nad drzwiami wisiał spory emblemat z logiem. Pęknięte fioletowe serce na dodatek przebite strzałą z artystyczną nazwą w samym środku.
   - Morfina – mruknęłam. - Całkiem oryginalnie. - Co prawda nazwa pasowała bardziej do taniego klubu ze striptizem niż popularnego salonu tatuażu, ale są gusta i guściki – o nich się nie dyskutuje.
   Gdy weszłam do środka od razu ogarnął mnie ciężki zapach męskich perfum i sterylnie zapakowanych igieł. Rozejrzałam się. Wszystko było albo fioletowe, albo skórzane i czarne. Sam wystrój utwierdził mnie w tym, że nie ma tu miejsca na niezdecydowanych klientów. Ostre krawędzie mebli musiały skutecznie odstraszać niepewnych gości. Z prawej strony ujrzałam przeszkloną ladę pełną stalowych kolczyków i wzorców tatuażu. Natomiast za nią siedział punk o kanarkowożółtych włosach.
   - Czym mogę służyć? – zapytał unosząc powieki oczu i zdejmując nogi z kontuaru. Mimo to dalej na mnie nie patrzył.
   - Chciałabym poznać cenę za tatuaż i kolczyk – mruknęłam, drapiąc się jednocześnie po policzku.
   - Pozwolenie od rodziców jest?
   - Nie.
   - Więc zmykaj stąd, sikoreczko? Nie robię nic na czarno.
   - Nie potrzebuję go – oświadczyłam z mocą.
   - To może jesteś pełnoletnia? – Nie dało się nie wyczuć kpiny w jego głosie, która miała sprawić bym poczuła się, jak niepewna szczylówa.
   - Nie.
   - Co ty tu w takim razie robisz?


   Przyglądał mi się dłuższą chwilę, jakby sprawdzał w jaki sposób skutecznie się mnie pozbyć bez narobienia sobie problemów z prawem. Tak, zdecydowanie wyglądał na takiego typka.
   - Dostałam zaproszenie - pomachałam wizytówką w dłoni. Wątpiłam by ot tak wpadła do mojego buta. Ktoś musiał mi ja podrzucić. I ten ktoś siedział właśnie przede mną.
   - Zatem słucham. Co z tymi twoimi życzeniami?
   Wypowiedziawszy te słowa, skrzyżował swoje ręce na piersiach, nieprzerwanie starając się wywołać dyskomfort swoim spojrzeniem.
    - Albo gnijący motyl na kości biodrowej, albo kirin. Ale nie taki na pół cielska, takiej ilości pieniędzy nie mam. Mówię o takim skromnym kirinie. Taki jak ten… - przyjrzałam się uważniej jego szyi. Byłam pewna, że tam widziałam takiego o jakiego mi aktualnie chodziło. – Jak ten na twoim karku! Coś podobnego, tylko mniej gangsterskiego – stwierdziłam z przekąsem. Byłam prawie pewna, że kącik jego ust drgnął w leciutkim uśmiechu na moje słowa.
   - A co z kolczykiem? – drążył dalej.
   - Zastanawiałam się nad Christiną – moje usta przybrały zadziorny wygląd. - Ale jak zrobię wzory nie zostanie mi na kolczyk.
   Jego ramiona opadły, natomiast oczy sprawiały wrażenie, jakby miały zamiar uciec z jego orbit i potoczyć się po ziemi pod ladę, na której niedawno trzymał swoje ciężkie buty.
   - Ile ty masz lat, dziewczyno? – nie krył zdziwienia w swoim głosie.
   - Piętnaście.
   - I chcesz sobie zrobić Christinę? Dla kogo? Bo chyba nie dla siebie? Dla Diabła?
   Nie zdziwiłam się, że mnie rozpoznał, że w ogóle mnie zapamiętał.
   - Nie, dla siebie. Nikt nie będzie go oglądał.
   Patrzył na mnie sceptycznie, ale wstrzymał się od wrednych komentarzy i wskazał na zniszczoną pufę stojącą obok.
   - Siadaj, wybierzemy wzory.
   A sam wyjął z lady trzy grube segregatory. Położył je na szklanym stoliczku do kawy przede mną. Usiadł naprzeciwko na niskim stołku. Wziął ze sobą również szkicownik i ołówek. Chwyciłam za pierwszy z segregatorów.
   - Chciałabym naprawdę ładnego zombie-motyla lub klasycznego kirina.
   - Zombie-motyl… Kirin jest mojego własnego projektu – mruknął i wsunął mi w ręce inny segregator. – Tu są wszystkie owady i robaki, podstawowe wzory. A na końcu kilku zombiaków.
   Czekał na moją reakcję, lecz ja byłam zajęta podziwianiem projektów jego pająków, mrówek i much. Zakochałam się w jednym motylu i ćmie. Byłam rozdarta.
   - Chciałabym pół motyla i pół ćmę. Coś w ten deseń – wskazałam na oba rysunki. – Tylko podgnitego.
   - W porządku.
   Pochylił się nad szkicownikiem. Przypatrywałam się jego miękkim rucham nadgarstków.
   - Co robiłeś wczoraj u Diabła? – spytałam po chwili.
   - A jednak po to tu przyszłaś – nie przestał szkicować.
   – Po prostu fajnie byłoby wiedzieć kim jesteś. – Rozparłam się na pufie i wpatrywałam w sufit. 
   - Zrobię ci tę Christinę.
   - Co? – Zerwałam się, by po chwili znowu opaść na siedzenie. – A ty nie masz tu jakiejś pracującej laski?
   - Już nie chcesz? Strach cię obleciał? – uniósł kąciki ust.
   - Nie, dla mnie żaden problem. Diabeł cię zabije, o to się martwię.
   - Już nie raz próbował mnie zabić, a jednak wciąż tu jestem. – Starł kilka zbędnych szczegółów gumką. Zaraz potem wstał by ponownie podejść do lady. Wrócił z pojemnikiem pełnym srebrzących się kawałków ze stali chirurgicznej. – Wybierz kolczyk, nie polecam kółek na początek, będzie się długo babrać. Szczególnie Christina. – Po czym powrócił do kreślenia ołówkiem.
   - Chcesz go zrobić już dziś? – zapytałam zdziwiona.
   - A ty nie chcesz? – również nie krył się ze swoim zdziwieniem.
   - Nie mam przy sobie kasy i mam wrażenie, że twój cennik nie jest na moją kieszeń…
   - Skąd taka myśl? – Znów pochylił się nad zeszytem.
   - Patrzę na portfolio i chyba mnie jednak na to nie stać.
   - Zrobię ci każdy kolczyk, każdy tatuaż, pod jednym warunkiem.
   - Że zapłacę w naturze? – zażartowałam.
   - Że przestaniesz się spotykać z Diabłem i Dominikiem.
   - A kim ty niby jesteś, by stawiać takie warunki?
   Przyszpiliłam go wzrokiem, na co uśmiechnął się szeroko.
   - Wybrałaś już?
   - Tak.
   - Zapraszam do pokoju.
   Wskazał na łukowate przejście prowadzące do ciemnego pomieszczenia. Jedynym przedmiotem jaki mogłam w nim dostrzec ze swojego miejsca było krzesło z białym napisem „Dante” na oparciu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WS.