30 lipca, czwartek
Cały dzień
chodziłam niespokojna. Nie miałam pojęcia czemu. Odkąd się obudziłam rano roznosiła
mnie energia. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Chciałam pomóc jakoś Danielowi
przy śniadaniu, ale nie miałam do tego głowy. Przez moją nieuwagę stłukły się
dwie szklanki i jeden talerz. Jak się później okazało, drogi, który był jedną z
niewielu pamiątek po prababci chłopaka. Oczywiście żal bezdusznie ściskał moje
serce z czego Motylek śmiał się bez końca. Dla uspokojenia mojego sumienia
powiedział, iż o owym talerzu wszyscy już dawno zapomnieli. Mimo że zdawałam
sobie sprawę z tego kłamstwa, chciałam w nie wierzyć.
Wiedziałam, że
Daniel czuł moje zdenerwowanie i chciał mi jakoś pomóc. Ale nawet jego
największe starania nie pomagały. Czułam, że niedługo stanie się coś czego nie
będę się spodziewała. I faktycznie. Uderzyło nagle.
Siedziałam z
Motylkiem na kanapie, jedliśmy przypalony i przesolony popcorn. A raczej ja
jadłam, Daniel tylko skubał go sporadycznie, ale byłam pewna, że starał się
wcisnąć w siebie, jak najwięcej. Obiecał mi to. Obiecałam sobie, że go z tego
wyciągnę. Z tego całego bagna. Udowodnię mu, że nie musi być obleczonym skórą
szkieletem by coś znaczyć. Lecz najpierw muszę poznać przyczynę jego choroby. I
dobrze wiem, że pierwszego wieczoru mnie okłamał. W tle grał telewizor.
- No mów, widzę jak
ci coś duszę ściska – powiedziałam, kiedy nie mogłam już znieść udręczonej miny
chłopaka.
Przyglądał mi się
przez chwilę, aż w końcu odetchnął głęboko. Złapał mnie za rękę i zaczął powoli
pieścić moje knykcie.
- Aż tak bardzo to
widać?
- Jesteś
beznadziejnym aktorem – przyznałam szczerze.
- Nie musiałaś być,
aż tak szczera. Mogłaś powiedzieć to delikatniej. Zawsze chciałem pracować w
teatrze.
Starałam się
zrozumieć czy mówił szczerze czy tylko żartował, ale nie mogłam niczego
wyczytać z jego twarzy. W jego oczach coś błysnęło. Nie zdążyłam się temu
przyjrzeć, gdyż po sekundzie zniknęło.
- Kłamiesz –
prychnęłam, ale niestety nie byłam zbyt pewna swoich słów.
Chłopak tylko
pokręcił przecząco swoją głową.
- Przepraszam, nie
to miałam na myśli.
Kąciki jego ust zadrżały, nie mogąc już powstrzymywać uśmiechu cisnącego się na wargi. Nie musiałam długo
czekać by roześmiał się w głos. Wokół jego oczu pojawiły się leciutkie
zmarszczki dodające jego twarzy uroku. Jego śmiech rozbrzmiewał na nowo cały
czas. Sama też nie mogłam już udawać swojego oburzenia i dołączyłam do niego.
Nie było piękniejszego dźwięku niż jego perlisty śmiech. Nie zapominasz
przypadkiem o jego przeciągłych jęknięciach podczas pocałunków?, włączyła się
moja podświadomość.
- Czyli wywoływanie
u mnie poczucia winy jest takie zabawne? – Szturchnęłam go żartobliwie w ramie
wolną dłonią. Druga wciąż była opleciona jego palcami.
- Nawet nie wiesz,
jak uroczo wyglądasz, kiedy się martwisz. Między brwiami robi cię wtedy
delikatna zmarszczka. – Ucałował miejsce, o którym mówił, a następnie polizał.
Odsunęłam się od
niego zaskoczona, na co chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Co to miało być?
– nie kryłam się ze swoim zdziwieniem.
- Po prostu miałem
ochotę to zrobić – powiedział jakby nie widział w tym nic złego.
- A jakbyś chciał
wciskać swój cholerny język w inne miejsca to też być nie zapytał? – mruknęłam.
- Oczywiście, nawet
nie wiesz jak dużo ich jest.
- Ach tak?
- Mhm – przytaknął.
– Prowadzę nawet specjalną listę.
- Prywatna lista
miejsc zaliczonych przez język Daniela w ciele Inki? – zachichotałam.
- Widziałaś ją? –
spytał nagle poważnie jakby się wystraszył.
- Ty chyba nie
mówisz poważnie…
- Czyli to tylko
zwykły blef? – spytał.
Przyglądałam się mu
dłuższą chwilę, ale on bez uprzedzenia mnie pocałował.
- Spokojnie, to był
tylko żart – wyszeptał miękko. – Nie ma żadnej listy, ale jest kila miejsc…
Chyba faktycznie owa lista będzie musiała zaistnieć.
Przygryzłam jego
wargę.
- Przestań pieprzyć
głupoty i odwracać moją uwagę. Powiedz w końcu, co cię tak gnębi.
Odczekał trochę
zanim, w końcu przyznał, co mu leżało na sercu.
- Moi rodzice mają
przyjechać za kilka dni.
Siedzieliśmy w
ciszy i staraliśmy się przetrawić tę informację. Czułam, że z tego rodzinnego
spotkania nie wyniknie nic dobrego. Nie miałam pojęcia, jak zareaguję na widok
ojca Motylka. Już go nie nienawidziłam. Mogłabym go zabić w tym momencie. A na
jego matkę nie byłabym w stanie nawet spojrzeć. Za to, że była taka tchórzliwa
i słaba. Nie broniła swojego jedynego dziecka, tylko pozwalała tyranowi wyżywać
się na nic niewinnemu chłopcu.
- Wiedzą, że tu
jestem? – spytałam, jakby mordercze palny właśnie nie przechodziły przez moje
myśli.
- Tak jakby –
odparł po chwili wahania.
- Tak jakby? Co im
powiedziałeś? – naciskałam.
Ewidentnie nie
chciał się do tego przyznać. Wtoczyłam się na jego kolana i patrzyłam na niego
z góry.
- Danielu słucham.
Chłopak w
odpowiedzi mocno przycisnął swoje usta do moich. Sprytna metoda na unikanie
odpowiedzi, muszę ją kiedyś sama wypróbować. Dałam się ponieść czułym
muśnięciom jego warg, ciepłemu oddechowi, delikatnemu dotykowi. Muszę przyznać,
że z każdym razem odczuwałam wszystko coraz bardziej, co mimo wszystko mnie
zaskakiwało. Bardzo długo byłam przekonana, że Diabeł jest tym jedynym, a tu
proszę. Daniel jest całkiem przyzwoitym zamiennikiem.
- Danielu –
wymruczałam w jego szyję. Czas na jego własną broń. – Co powiedziałeś swoim
rodzicom? Jestem po prostu ciekawa. – Przygryzłam pulsującą gorącem skórę i
lekko zassałam. Sunęłam niżej i niżej, do chudego ramienia.
Opierał się jeszcze
tylko przez chwilę.
- Powiedziałem, że
jesteśmy razem – słowa opuściły jego usta wraz z długo wstrzymywanym oddechem.
Znieruchomiałam.
Chłopak chyba tego nie zauważył, gdyż przyciągną moje usta do swoich i zaczął
je czule całować. Odepchnęłam go od siebie, lecz ten objął mnie ponownie.
- Przestań! –
rozkazałam.
Jego odtrącone
pocałunki wylądowały na moim dekolcie. Cały czas kontynuował swoją pieszczotę
nie zwracając uwagi na moją niechęć.
- Przestań.
Dlaczego tak im powiedziałeś? Przecież to nieprawda.
- Pozwoliłaś mi
zastąpić miejsce Diabła – mruczał między pocałunkami.
Zmęczona
odpychaniem jego ramion spoliczkowałam go. Złapał się oszołomiony za twarz. To
walenie po mordach wychodzi mi całkiem dobrze, pomyślałam. Wstałam z jego
kolan.
- Ale nie w taki
sposób – warknęłam. Poszłam w stronę korytarza, gdzie założyłam buty i
przekręciłam klucz w drzwiach frontowych. – Chcę zostać sama, dlatego nie idź
za mną.
Drzwi zamknęły się
za mną z trzaskiem.
Nie wiem dlaczego
świadomość, że Daniel okłamał swoich rodziców tak mnie zdenerwowała. Raczej nie
było to dla mnie problemem. Od samego początku o to nam chodziło. Miałam
zapomnieć, a on miał mi w tym pomóc. Zgodziłam się na to, więc czemu?
Czy to przez to, że
Diabeł znalazł się w pobliżu? Mój były kręci się po okolicy, więc zaczynam za
nim sikać w gacie? Będę teraz skakać z kwiatka na kwiatek? Kiedy jeden mnie
odrzuci polecę do drugiego? Jeżeli tak to jestem straszną zdzirą, wytykałam
sobie w myślach.
Ale Motylek
powinien najpierw omówić to ze mną. O takich rzeczach się decyduje wspólnie.
Gdyby tak zrobił pewnie bym się zgodziła. A tak skończył z odciskiem mojej
dłoni na swojej twarzy. Chyba zareagowałam zbyt gwałtownie. Nie powinnam tłuc
ludzi po gębach. Kiedyś to się w końcu może skończyć tragedią.
Złość cały czas
buzowała w moich żyłach. Wpływała do serca, gdzie był tylko jeszcze bardziej
podjudzona, by wypłynąć tętnicami i na niwo zasilić swoimi silnymi emocjami wszelkie
uspokajające się komórki. To było zamknięte koło. Kiedy tylko zaczynałam się
uspokajać, wściekłość zalewała mnie na nowo. Musiałam się wyciszyć, a chodzenie
między drzewami niespecjalnie mi w tym pomagało. Diabeł na pewno wiedziałby, co
zrobić. Daniel nie znał mnie na tyle by móc jakoś zaradzić. Nie miałam tu
nikogo innego. Musiałam dać sobie radę sama. Najchętniej wsiadłabym na Siwkę i
pognałam razem z nią przez pola. Zapach jej zlanej potem sierści, grzywa leciutko
łaskocząca mój nos, szybko unoszące się żebra między moimi udami i tętent kopyt
na malachitowo zielonej trawie.
Zagłębiałam się
coraz bardziej między drzewa. Pozwalałam by wyobraźnia tworzyła coraz to nowe
obrazy mnie i siwej klaczy. Dalej nie wiedziałam, co wywołało u mnie tyle
emocji. Może to po prostu hormony. Nie miałam ochoty zaprzątać sobie tym głowy.
Pragnęłam tylko wskoczyć na koński grzbiet. I jak na zawołanie spomiędzy gęsto
rosnących drzew wyłoniło się ogrodzone, niezbyt duże pastwisko, na którym pasł
się kary ogier.
- Życie
zdecydowanie lubi robić mi niespodzianki – mruknęłam pod nosem zbliżając się do
drewnianej barierki.
Karosz nastawił
uszy w moją stronę by po chwili położyć je wzdłuż swojej zlepionej brudem i
sianem szyi. Nie należał do dużych koni. Pod skórą było widać jego żebra i
wystające kości biodrowe. Grzywa i ogon składały się z samych kołtunów. Chrapy
zwierzęcia powiększały się znaczenie za każdym razem, gdy próbował wyłapać w
powietrzu zapach zagrożenia. Oboje jego oczu zakryte było przez gęstą mgłę
zaćmy. Strzygł uszami w desperacji dowiedzenia się, gdzie stoję i czy mam
zamiar go skrzywdzić. Tupał przerośniętymi kopytami, które już dawno powinien
zobaczyć kowal, by mnie odstraszyć. Podeszłam jeszcze bliżej i przyglądałam się
jego ruchom. Wydawały się płynne, jakby powtarzał ten rytuał bardzo często.
Było mi szkoda
ślepego konia. Był chudy, niezadbany. Każdy krok musiał sprawiać mu ból, a
najmniejszy szmer wydawać się groźnym krokiem oprawcy. Opierałam się o
spróchniałe i delikatne drewno ogrodzenia, nieprzerwanie patrząc na ogiera.
Pewnie ma już swoje lata, pomyślałam. Ciekawe, gdzie jest właściciel. Trawa na
niewielkim polu była wyskubana. Nigdzie nie mogłam dostrzec większej kępki,
więc koń pewnie stoi tu od dawna.
Niedaleko pastwiska stał dom. W stanie
podobnym, co zwierzę. Od jego chwiejnych ścian wiało chłodem i biedą.
Postanowiłam się tym nie przejmować i skierowałam całą swoją uwagę z powrotem
na karosza. Uspokoił się trochę. Pochylił głowę by szukać nowych ździebeł
trawy, lecz jego postawa została czujna. Nie chcąc go dodatkowo denerwować
starałam się nie ruszać i nie sprawiać dodatkowego hałasu.
Następnym razem przyniosę ci
marchewki, postanowiłam w myślach.
Do Daniela wracałam
dość niechętnie. Ale niestety, na dworze zdążyło się ściemnić i ochłodzić, a ja
wciąż nie wiedziałam, co mnie tak zdenerwowało. Nie chciałam wyjść na
dziewczynę przepełnioną buzującymi hormonami.
Drzwi frontowe było
otwarte. Gdy weszłam do środka, zamknęłam je za sobą i ściągnęłam buty.
Znalazłam chłopaka w salonie. Siedział na skraju fotela z założonymi rękami.
Kiwał się w przód i w tył jakby nie usłyszał, że weszłam do mieszkania. A
przecież trzasnęłam drzwiami całkiem mocno.
Po chwili
mruknęłam:
- Wróciłam.
Zerwał się wtedy na
nogi i spojrzał w moją stronę. Podszedł szybko i chyba chciał dotknąć mojej
twarzy, ale się wycofał.
- Przepraszam –
zaczął. Na jego twarzy nie było śladu po mojej dłoni. – Powinienem to z tobą
uzgodnić. Nie miałem prawa mówić tego rodzicom, mimo że wiedziałem, iż to
kłamstwo. Zadzwonię do nich i wszystko wytłumaczę. Naprawdę cię przepraszam.
Milczałam przez
chwilę. Starałam się przetrawić jego słowa. Złość mi przeszła, a tłumaczenie
wszystkiego rodzicom Motylka byłoby kłopotliwe i jak niby przyjęliby fakt, iż
ich syn mieszka z niezwiązaną z nim dziewczyną?
- Nie musisz
niczego odwoływać, możemy jakoś dociągnąć to przedstawienie do końca.
Starałam się by mój
głos był wyprany z uczuć i był. Nie pozwoliłam sobie na to. Chłopak przyglądał
mi się długo i wnikliwie. Wyciągnął ramiona w moją stronę i tym razem ich nie
cofnął. Objął mnie nimi i przyciągnął do siebie.
- Tak się bałem, że
poszłaś do niego i nie wrócisz. Tak bardzo się bałem – szeptał w czubek mojej
głowy. Ciepły oddech rozwiewał moje warkoczyki i przyprawiał mnie o dreszcze.
Składał lekkie pocałunki na linii moich włosów. Objęłam go ramionami w pasie i
pozwalałam na te wszystkie drobne czułe gesty.
Przebudziłam się
tak samo szybko jak zasnęłam. W ramionach Daniela. Pot skapywał z mojego czoła
na poduszkę. Usiadłam i starałam się uspokoić oddech. Błyskające światła.
Trzask kości. Pisk hamulców. Odór paliwa i krwi. Krzyk. To wszystko wciąż
pojawiało się w moich myślach.
Motylek miał bardzo
mocny sen. Nie słyszał moich cichych szlochów ani nie odczuł mojego nagłego
wyrwania się ze snu. By ukoić nerwy poszłam do kuchni po szklankę chłodnej
wody. Przy okazji sprawdziłam godzinę na telefonie, który zostawiłam niedaleko
zlewu. Miałam jedną nieprzeczytaną wiadomość. Oczywiście była od Diabła.
Porozmawiajmy –
błagał.
Ale nie miałam na
to siły, gdyż w głowie cały czas tkwił obraz przednich świateł błękitnej corvetty
z 1968.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz