poniedziałek, 10 sierpnia 2015

~ 13 ~

30 lipca, czwartek
   Cały dzień chodziłam niespokojna. Nie miałam pojęcia czemu. Odkąd się obudziłam rano roznosiła mnie energia. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Chciałam pomóc jakoś Danielowi przy śniadaniu, ale nie miałam do tego głowy. Przez moją nieuwagę stłukły się dwie szklanki i jeden talerz. Jak się później okazało, drogi, który był jedną z niewielu pamiątek po prababci chłopaka. Oczywiście żal bezdusznie ściskał moje serce z czego Motylek śmiał się bez końca. Dla uspokojenia mojego sumienia powiedział, iż o owym talerzu wszyscy już dawno zapomnieli. Mimo że zdawałam sobie sprawę z tego kłamstwa, chciałam w nie wierzyć.
   Wiedziałam, że Daniel czuł moje zdenerwowanie i chciał mi jakoś pomóc. Ale nawet jego największe starania nie pomagały. Czułam, że niedługo stanie się coś czego nie będę się spodziewała. I faktycznie. Uderzyło nagle.

   Siedziałam z Motylkiem na kanapie, jedliśmy przypalony i przesolony popcorn. A raczej ja jadłam, Daniel tylko skubał go sporadycznie, ale byłam pewna, że starał się wcisnąć w siebie, jak najwięcej. Obiecał mi to. Obiecałam sobie, że go z tego wyciągnę. Z tego całego bagna. Udowodnię mu, że nie musi być obleczonym skórą szkieletem by coś znaczyć. Lecz najpierw muszę poznać przyczynę jego choroby. I dobrze wiem, że pierwszego wieczoru mnie okłamał. W tle grał telewizor.
   - No mów, widzę jak ci coś duszę ściska – powiedziałam, kiedy nie mogłam już znieść udręczonej miny chłopaka.
   Przyglądał mi się przez chwilę, aż w końcu odetchnął głęboko. Złapał mnie za rękę i zaczął powoli pieścić moje knykcie.
   - Aż tak bardzo to widać?
   - Jesteś beznadziejnym aktorem – przyznałam szczerze.
   - Nie musiałaś być, aż tak szczera. Mogłaś powiedzieć to delikatniej. Zawsze chciałem pracować w teatrze.
   Starałam się zrozumieć czy mówił szczerze czy tylko żartował, ale nie mogłam niczego wyczytać z jego twarzy. W jego oczach coś błysnęło. Nie zdążyłam się temu przyjrzeć, gdyż po sekundzie zniknęło.
   - Kłamiesz – prychnęłam, ale niestety nie byłam zbyt pewna swoich słów.
   Chłopak tylko pokręcił przecząco swoją głową.
   - Przepraszam, nie to miałam na myśli.
   Kąciki jego ust zadrżały, nie mogąc już powstrzymywać uśmiechu cisnącego się na wargi. Nie musiałam długo czekać by roześmiał się w głos. Wokół jego oczu pojawiły się leciutkie zmarszczki dodające jego twarzy uroku. Jego śmiech rozbrzmiewał na nowo cały czas. Sama też nie mogłam już udawać swojego oburzenia i dołączyłam do niego. Nie było piękniejszego dźwięku niż jego perlisty śmiech. Nie zapominasz przypadkiem o jego przeciągłych jęknięciach podczas pocałunków?, włączyła się moja podświadomość.
   - Czyli wywoływanie u mnie poczucia winy jest takie zabawne? – Szturchnęłam go żartobliwie w ramie wolną dłonią. Druga wciąż była opleciona jego palcami.
   - Nawet nie wiesz, jak uroczo wyglądasz, kiedy się martwisz. Między brwiami robi cię wtedy delikatna zmarszczka. – Ucałował miejsce, o którym mówił, a następnie polizał.
   Odsunęłam się od niego zaskoczona, na co chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej.
   - Co to miało być? – nie kryłam się ze swoim zdziwieniem.
   - Po prostu miałem ochotę to zrobić – powiedział jakby nie widział w tym nic złego.
   - A jakbyś chciał wciskać swój cholerny język w inne miejsca to też być nie zapytał? – mruknęłam.
   - Oczywiście, nawet nie wiesz jak dużo ich jest.
   - Ach tak?
   - Mhm – przytaknął. – Prowadzę nawet specjalną listę.
   - Prywatna lista miejsc zaliczonych przez język Daniela w ciele Inki? – zachichotałam.
   - Widziałaś ją? – spytał nagle poważnie jakby się wystraszył.
   - Ty chyba nie mówisz poważnie…
   - Czyli to tylko zwykły blef? – spytał.
   Przyglądałam się mu dłuższą chwilę, ale on bez uprzedzenia mnie pocałował.
   - Spokojnie, to był tylko żart – wyszeptał miękko. – Nie ma żadnej listy, ale jest kila miejsc… Chyba faktycznie owa lista będzie musiała zaistnieć.
   Przygryzłam jego wargę.
   - Przestań pieprzyć głupoty i odwracać moją uwagę. Powiedz w końcu, co cię tak gnębi.
   Odczekał trochę zanim, w końcu przyznał, co mu leżało na sercu.
   - Moi rodzice mają przyjechać za kilka dni.


   Siedzieliśmy w ciszy i staraliśmy się przetrawić tę informację. Czułam, że z tego rodzinnego spotkania nie wyniknie nic dobrego. Nie miałam pojęcia, jak zareaguję na widok ojca Motylka. Już go nie nienawidziłam. Mogłabym go zabić w tym momencie. A na jego matkę nie byłabym w stanie nawet spojrzeć. Za to, że była taka tchórzliwa i słaba. Nie broniła swojego jedynego dziecka, tylko pozwalała tyranowi wyżywać się na nic niewinnemu chłopcu.
   - Wiedzą, że tu jestem? – spytałam, jakby mordercze palny właśnie nie przechodziły przez moje myśli.
   - Tak jakby – odparł po chwili wahania.
   - Tak jakby? Co im powiedziałeś? – naciskałam.
   Ewidentnie nie chciał się do tego przyznać. Wtoczyłam się na jego kolana i patrzyłam na niego z góry.
   - Danielu słucham.
   Chłopak w odpowiedzi mocno przycisnął swoje usta do moich. Sprytna metoda na unikanie odpowiedzi, muszę ją kiedyś sama wypróbować. Dałam się ponieść czułym muśnięciom jego warg, ciepłemu oddechowi, delikatnemu dotykowi. Muszę przyznać, że z każdym razem odczuwałam wszystko coraz bardziej, co mimo wszystko mnie zaskakiwało. Bardzo długo byłam przekonana, że Diabeł jest tym jedynym, a tu proszę. Daniel jest całkiem przyzwoitym zamiennikiem.
   - Danielu – wymruczałam w jego szyję. Czas na jego własną broń. – Co powiedziałeś swoim rodzicom? Jestem po prostu ciekawa. – Przygryzłam pulsującą gorącem skórę i lekko zassałam. Sunęłam niżej i niżej, do chudego ramienia.
   Opierał się jeszcze tylko przez chwilę.
   - Powiedziałem, że jesteśmy razem – słowa opuściły jego usta wraz z długo wstrzymywanym oddechem.
   Znieruchomiałam. Chłopak chyba tego nie zauważył, gdyż przyciągną moje usta do swoich i zaczął je czule całować. Odepchnęłam go od siebie, lecz ten objął mnie ponownie.
   - Przestań! – rozkazałam.
   Jego odtrącone pocałunki wylądowały na moim dekolcie. Cały czas kontynuował swoją pieszczotę nie zwracając uwagi na moją niechęć.
   - Przestań. Dlaczego tak im powiedziałeś? Przecież to nieprawda.
   - Pozwoliłaś mi zastąpić miejsce Diabła – mruczał między pocałunkami.
   Zmęczona odpychaniem jego ramion spoliczkowałam go. Złapał się oszołomiony za twarz. To walenie po mordach wychodzi mi całkiem dobrze, pomyślałam. Wstałam z jego kolan.
   - Ale nie w taki sposób – warknęłam. Poszłam w stronę korytarza, gdzie założyłam buty i przekręciłam klucz w drzwiach frontowych. – Chcę zostać sama, dlatego nie idź za mną.
   Drzwi zamknęły się za mną z trzaskiem.


   Nie wiem dlaczego świadomość, że Daniel okłamał swoich rodziców tak mnie zdenerwowała. Raczej nie było to dla mnie problemem. Od samego początku o to nam chodziło. Miałam zapomnieć, a on miał mi w tym pomóc. Zgodziłam się na to, więc czemu?
   Czy to przez to, że Diabeł znalazł się w pobliżu? Mój były kręci się po okolicy, więc zaczynam za nim sikać w gacie? Będę teraz skakać z kwiatka na kwiatek? Kiedy jeden mnie odrzuci polecę do drugiego? Jeżeli tak to jestem straszną zdzirą, wytykałam sobie w myślach.
   Ale Motylek powinien najpierw omówić to ze mną. O takich rzeczach się decyduje wspólnie. Gdyby tak zrobił pewnie bym się zgodziła. A tak skończył z odciskiem mojej dłoni na swojej twarzy. Chyba zareagowałam zbyt gwałtownie. Nie powinnam tłuc ludzi po gębach. Kiedyś to się w końcu może skończyć tragedią.
   Złość cały czas buzowała w moich żyłach. Wpływała do serca, gdzie był tylko jeszcze bardziej podjudzona, by wypłynąć tętnicami i na niwo zasilić swoimi silnymi emocjami wszelkie uspokajające się komórki. To było zamknięte koło. Kiedy tylko zaczynałam się uspokajać, wściekłość zalewała mnie na nowo. Musiałam się wyciszyć, a chodzenie między drzewami niespecjalnie mi w tym pomagało. Diabeł na pewno wiedziałby, co zrobić. Daniel nie znał mnie na tyle by móc jakoś zaradzić. Nie miałam tu nikogo innego. Musiałam dać sobie radę sama. Najchętniej wsiadłabym na Siwkę i pognałam razem z nią przez pola. Zapach jej zlanej potem sierści, grzywa leciutko łaskocząca mój nos, szybko unoszące się żebra między moimi udami i tętent kopyt na malachitowo zielonej trawie.
   Zagłębiałam się coraz bardziej między drzewa. Pozwalałam by wyobraźnia tworzyła coraz to nowe obrazy mnie i siwej klaczy. Dalej nie wiedziałam, co wywołało u mnie tyle emocji. Może to po prostu hormony. Nie miałam ochoty zaprzątać sobie tym głowy. Pragnęłam tylko wskoczyć na koński grzbiet. I jak na zawołanie spomiędzy gęsto rosnących drzew wyłoniło się ogrodzone, niezbyt duże pastwisko, na którym pasł się kary ogier.
   - Życie zdecydowanie lubi robić mi niespodzianki – mruknęłam pod nosem zbliżając się do drewnianej barierki.


   Karosz nastawił uszy w moją stronę by po chwili położyć je wzdłuż swojej zlepionej brudem i sianem szyi. Nie należał do dużych koni. Pod skórą było widać jego żebra i wystające kości biodrowe. Grzywa i ogon składały się z samych kołtunów. Chrapy zwierzęcia powiększały się znaczenie za każdym razem, gdy próbował wyłapać w powietrzu zapach zagrożenia. Oboje jego oczu zakryte było przez gęstą mgłę zaćmy. Strzygł uszami w desperacji dowiedzenia się, gdzie stoję i czy mam zamiar go skrzywdzić. Tupał przerośniętymi kopytami, które już dawno powinien zobaczyć kowal, by mnie odstraszyć. Podeszłam jeszcze bliżej i przyglądałam się jego ruchom. Wydawały się płynne, jakby powtarzał ten rytuał bardzo często.
   Było mi szkoda ślepego konia. Był chudy, niezadbany. Każdy krok musiał sprawiać mu ból, a najmniejszy szmer wydawać się groźnym krokiem oprawcy. Opierałam się o spróchniałe i delikatne drewno ogrodzenia, nieprzerwanie patrząc na ogiera. Pewnie ma już swoje lata, pomyślałam. Ciekawe, gdzie jest właściciel. Trawa na niewielkim polu była wyskubana. Nigdzie nie mogłam dostrzec większej kępki, więc koń pewnie stoi tu od dawna.
   Niedaleko pastwiska stał dom. W stanie podobnym, co zwierzę. Od jego chwiejnych ścian wiało chłodem i biedą. Postanowiłam się tym nie przejmować i skierowałam całą swoją uwagę z powrotem na karosza. Uspokoił się trochę. Pochylił głowę by szukać nowych ździebeł trawy, lecz jego postawa została czujna. Nie chcąc go dodatkowo denerwować starałam się nie ruszać i nie sprawiać dodatkowego hałasu.
   Następnym razem przyniosę ci marchewki, postanowiłam w myślach.


   Do Daniela wracałam dość niechętnie. Ale niestety, na dworze zdążyło się ściemnić i ochłodzić, a ja wciąż nie wiedziałam, co mnie tak zdenerwowało. Nie chciałam wyjść na dziewczynę przepełnioną buzującymi hormonami.
   Drzwi frontowe było otwarte. Gdy weszłam do środka, zamknęłam je za sobą i ściągnęłam buty. Znalazłam chłopaka w salonie. Siedział na skraju fotela z założonymi rękami. Kiwał się w przód i w tył jakby nie usłyszał, że weszłam do mieszkania. A przecież trzasnęłam drzwiami całkiem mocno.
   Po chwili mruknęłam:
   - Wróciłam.
   Zerwał się wtedy na nogi i spojrzał w moją stronę. Podszedł szybko i chyba chciał dotknąć mojej twarzy, ale się wycofał.
   - Przepraszam – zaczął. Na jego twarzy nie było śladu po mojej dłoni. – Powinienem to z tobą uzgodnić. Nie miałem prawa mówić tego rodzicom, mimo że wiedziałem, iż to kłamstwo. Zadzwonię do nich i wszystko wytłumaczę. Naprawdę cię przepraszam.
   Milczałam przez chwilę. Starałam się przetrawić jego słowa. Złość mi przeszła, a tłumaczenie wszystkiego rodzicom Motylka byłoby kłopotliwe i jak niby przyjęliby fakt, iż ich syn mieszka z niezwiązaną z nim dziewczyną?
   - Nie musisz niczego odwoływać, możemy jakoś dociągnąć to przedstawienie do końca.
   Starałam się by mój głos był wyprany z uczuć i był. Nie pozwoliłam sobie na to. Chłopak przyglądał mi się długo i wnikliwie. Wyciągnął ramiona w moją stronę i tym razem ich nie cofnął. Objął mnie nimi i przyciągnął do siebie.
   - Tak się bałem, że poszłaś do niego i nie wrócisz. Tak bardzo się bałem – szeptał w czubek mojej głowy. Ciepły oddech rozwiewał moje warkoczyki i przyprawiał mnie o dreszcze. Składał lekkie pocałunki na linii moich włosów. Objęłam go ramionami w pasie i pozwalałam na te wszystkie drobne czułe gesty.


   Przebudziłam się tak samo szybko jak zasnęłam. W ramionach Daniela. Pot skapywał z mojego czoła na poduszkę. Usiadłam i starałam się uspokoić oddech. Błyskające światła. Trzask kości. Pisk hamulców. Odór paliwa i krwi. Krzyk. To wszystko wciąż pojawiało się w moich myślach.
   Motylek miał bardzo mocny sen. Nie słyszał moich cichych szlochów ani nie odczuł mojego nagłego wyrwania się ze snu. By ukoić nerwy poszłam do kuchni po szklankę chłodnej wody. Przy okazji sprawdziłam godzinę na telefonie, który zostawiłam niedaleko zlewu. Miałam jedną nieprzeczytaną wiadomość. Oczywiście była od Diabła.
   Porozmawiajmy – błagał.
   Ale nie miałam na to siły, gdyż w głowie cały czas tkwił obraz przednich świateł błękitnej corvetty z 1968.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

© Agata | WS.