2 sierpnia,
niedziela
Dziś mieli przyjechać rodzice Daniela. Cały
dzień szykowałam się na odegranie roli idealnej dziewczyny. Próbowałam
pozytywnie się nastawić na nadchodzący wieczór, ale nie było łatwo. Ale Motylek
starał się, jak tylko mógł, by mnie uspokoić.
Podczas przygotowywania kolacji posadził
mnie na blacie i kazał obserwować, podczas gdy on krzątał się po kuchni i
odstawiał swój własny program kulinarny. Szło mu całkiem nieźle. Wzięłabym go
nawet za profesjonalistę, gdyby nie fakt, że po każdej czynności zostawiał po
sobie okropny syf. Kiedy zaczął udawać Nigellę Lawson, pękałam ze śmiechu.
Idealnie parodiował jej miłość do czekolady.
- Czekolada jest moją jedyną miłością –
twierdził patrząc mi prosto w oczy, stojąc przy kuchennej wyspie i siekając
tabliczkę gorzkiej czekolady na drobne kostki. Zaczęłam udawać zazdrosną.
Przyglądał się z szerokim uśmiechem moim dąsom. – Chociaż nie ma nic słodszego
niż usta pani siedzącej na blacie, czekolada ma w sobie coś pociągającego.
Fuknęłam oburzona i zeskoczyłam na ziemię.
Stanęłam naprzeciwko chłopaka po drugiej stronie wyspy. Mogłam mu się teraz
przyglądać z bliska.
- Za każdym razem kiedy zajmuję się
czekoladą, nie mogę się oprzeć i muszę jej spróbować – wymruczał, wsuwając
sobie jej małą kosteczkę do ust. Otworzyłam swoje by dać mu znać, że też mam
ochotę na kawałek. Chwycił czekoladkę w palce i suną nią w stronę moich warg.
Tuż przed nimi jego dłoń zmieniła kierunek i słodycz wpadła w ponowne
posiadanie jego ust. – Przykro mi, ale czekolada jest zbyt dobra. Nawet na
ciebie.
- Nie byłabym taka pewna.
Przyciągnęłam go do siebie za kremową
koszulę z nadrukowanymi podkówkami. Przycisnęłam swoje spragnione przysmaku
usta do jego. Połączenie jego warg i gorzkiej czekolady idealnie ze sobą
współgrało. Na zakończenie okręciłam jeszcze swój język wokół jego. Odsunęłam
się i uśmiechnęłam się z satysfakcją. Sięgnęłam po czekoladkę z deski i rozpłynęłam
się w jej delikatnym smaku.
Chłopak przyglądał mi się przez dłuższą
chwilę.
- Zmieniam zdanie. Nawet najlepsza czekolada
nie może równać się z tą panią.
Zaśmiałam się i podziwiałam dalej jego
przedstawienie.
Wygładziłam widoczną tylko dla mnie fałdkę
na swojej kremowej koszuli podkreślającej hebanowy odcień mojej skóry.
Niepewnie przyglądałam się swojemu odbiciu. Co chwila strząsałam z nogawki
dżinsów drobinki pyłków. Chciałam wyglądać perfekcyjnie przed jego rodzicami,
szczególnie przed jego ojcem. Bałam się tylko, że mogą być lekko zaskoczeni
moim… egzotycznym wyglądem.
Kręciłam się po domu, poprawiałam sztućce na
stole przecierałam po raz setny talerze. Robiłam wszystko, by kolacja wypadła
perfekcyjnie. Daniel przyglądał się moim poczynaniom z rozbawieniem. W pewnym
momencie, gdy sprawdzałam czy sos się nie przypala i, czy makaron wciąż jest
ciepły, podszedł do mnie i objął swoimi długimi ramionami.
- Wszystko będzie dobrze, nie wiem czym się
tak denerwujesz – szeptał. – Przyjdą zmęczeni i głodni, zjedzą kolację,
odstawią scenę kochającej się rodzinki i zniknął za progiem swojej sypialni, a
rano wrócą skąd przyjechali. Możesz być spokojna – uspokajał.
- A co jeżeli się im nie spodobam? –
Odwróciłam się twarzą w jego stronę. – W końcu nie wyglądam zbyt codziennie.
- Będą chcieli wyjść na nowoczesną,
tolerancyjną rodzinę. Nie musisz się o nic martwić.
Musnęłam jego usta we wdzięcznym pocałunku.
- No
chyba, że o to co mam zamiar z tobą zrobić po wszystkim – zażartował.
- Danielu! – Zganiłam go za jego zbereźny
dowcip.
Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałam
niespokojnie w ich stronę. Chłopak potarł moje ramiona w uspakajającym geście.
Stanęłam za nim kiedy otwierał drzwi swoim rodzicom. Wymienili suche uprzejmości
ze sobą, zwłaszcza uścisk dłoni z jego ojcem wyglądał na wymuszony. I wtedy
zauważyli mnie. Ich miny wyglądały, co najmniej na zdziwione. Pierwsza odezwała
się jego matka.
- Danielu, czemu nie powiedziałeś mi, że
twoja dziewczyna jest taka śliczna? – położyła dodatkowy nacisk na słowo
„dziewczyna”. Wzdrygnęłam się, ale przecież zgodziłam się na ciągnięcie tej
całej gry.
- Miło mi panią poznać, pani…
- Mów mi po imieniu, słonko, nie jestem
przecież taka stara. – Przyglądałam się jej przez dłuższą chwilę starając się
sobie przypomnieć czy Motylek wspominał jak nazywa się jego matka. – Magda –
wyciągnęła rękę w moją stronę. Uścisnęłam ją po chwili zawahania.
- Inka – odparłam.
Spojrzałam w stronę wysokiego i postawnego
mężczyzny. Przypatrywał mi się z wyższością i niechęcią. Wyciągnęłam rękę w
jego stronę. Odtrącił ją, usprawiedliwiając się niechęcią do spoufalania się.
Pierwsza wpadka. Jego żona posłała mi ciche przeprosiny. Daniel zaprowadził nas
do przygotowanego stołu. Usiadłam po jego lewej stronie, naprzeciwko siebie
miałam jego ojca.
Kolacja minęła w milczeniu. Padały jedynie
skromne pochwały dań ze strony Magdy. Cały czas czułam, jak znajdowałam się pod
ostrzałem srogiego wzroku ojca.
Po zjedzeniu kolacji nadszedł czas na „miłą
i naturalną” pogawędkę w salonie. Usiadłam na kanapie razem z Danielem.
Wtuliłam się w jego bok i starałam nie myśleć, jak bardzo nienawidziłam faceta
siedzącego naprzeciwko. Nie mogłam uwierzyć, że był tak spokojny i pewny siebie
po tym ile krzywd wyrządził swojemu synowi.
- Więc jak długo już jesteście ze sobą? –
spytała Magda z kieliszkiem wina między palcami.
- Znamy się od dawna, ale dopiero miesiąc
temu postanowiliśmy pójść dalej – pozwoliłam Motylkowi mówić. – Spotkaliśmy się
na jednym z moich koncertów i wszystko dalej potoczyło się samo.
- Rozumiem.
Zapadła krępująca cisza.
- Słyszałam od Daniela, że niedługo
wyjeżdżają państwo na wczasy – zagadnęłam.
- Tak, mój drogi mąż – tu spojrzała na niego
– jedzie w interesy do Nowego Jorku. Cieszę się, że postanowił się mnie zabrać
ze sobą. Kiedy już cała papierkowa robota zostanie skończona mamy zamiar
zatrzymać się w Riverhead. Nasi bliscy znajomi mają tam domek niedaleko
wybrzeża.
- To cudownie. Kiedy państwo macie zamiar
wyjechać?
- Prawdopodobnie jutro rano.
- Tak szybko? Dopiero co tutaj
przyjechaliście – zdziwiłam się.
- Niestety interesy nie wybierają.
W głębi duszy odetchnęłam, że już niedługo
nie będę się musiała przejmować, że powiem coś nie tak. Spojrzałam na zegarek.
Dochodziła już dziesiąta wieczorem. Zasłoniłam usta dłonią, kiedy ziewnęłam
przeciągle.
- Widzę, że jesteś zmęczona, kochana.
Będziemy się zbierać do łóżek, tylko jeszcze dopijemy winko – Magda wskazała na
w połowie pełne kieliszki.
- Dobrze, dobranoc.
Podniosłam się z kanapy i ruszyłam do
łukowatego przejścia. Zatrzymał mnie głęboki, męski głos.
- Mam nadzieję, że nie zadajesz się z moim
synem tylko dlatego, że mam pieniądze.
Odwróciłam się na pięcie. Przyglądałam się
właścicielowi niskiego barytonu przez chwilę starając się wybadać do czego
zaprowadzi nas ta krótka wymiana zdań.
- Nie proszę pana, widzę w nim zdecydowanie
więcej niż pański majątek - odparłam grzecznie mimo gotującej się we mnie wściekłości.
- Więc co takiego ma w sobie? Przecież on
jest nikim.
Zacisnęłam mocno szczęki. Jak on mógł tak
mówić o swoim synu. I czemu jego żona odwracała tylko wzrok. Cierpka gorycz
zalała moje myśli.
- Proszę pana, Daniel nie jest skarbonką w
moich oczach. Jest niesamowitym mężczyzną. Nigdy nie spotkałam tak troskliwej i
czułej osoby, jaką jest on. Dziwię się, że jest w stanie się otworzyć na ludzi po
tym wszystkim, co mu pan zrobił. Tak, dobrze wiem, jakim jest pan tyranem. Ale
Daniel jest silny i nie dał się panu złamać mimo wszelkich pańskich starań.
Zastanawia mnie tylko, jak zimnym człowiekiem musi pan być, by z taką pewnością
patrzeć komukolwiek w oczy. By siedzieć naprzeciwko swojego syna. By mieć
odwagę udawać kochającego ojca przed resztą świata. – Mówiąc te wszystkie słowa
patrzyłam mu w oczy. Widziałam w nich rosnącą furię, ale nie dałam się
zastraszyć i przemawiałam dalej spokojnym głosem. – A ty – zwróciłam się do
Magdy. – Co z ciebie za matka, która odwraca wzrok na krzywdę swojego jedynego
dziecka – splunęłam. – Jak możesz nie widzieć choroby swojego syna? Albo może
bardzo dobrze wiesz, jak bardzo cierpi, ale nie chcesz mu pomóc? Może próba
wyleczenia go byłaby zbyt męcząca, prawda? Nie jesteś ani trochę lepsza od
męża. Jesteś tylko tchórzliwą kobietą, która nie powinna zaznać macierzyństwa.
I nie mówię tu, że Daniel nie powinien się urodzić. Daniel nie powinien zaznać
tak brutalnego dzieciństwa. Nikt nie powinien. Ale może kilka batów na pańskie
plecy, otworzyłoby panu oczy. – Ponownie zwróciłam się do ojca Motylka. – A
teraz przepraszam, ale jestem bardzo zmęczona. Życzę udanej i spokojnej nocy.
Przyglądałam się oniemiałemu chłopakowi.
Trzymał cienką stópkę kieliszka między swoimi palcami.
- No chodź, przecież bez ciebie nie zasnę –
przemówiłam delikatnie. – Możesz dopić wino w sypialni.
Pokiwał głową i ruszył za mną. Zostawiliśmy
jego zdziwionych rodziców w sypialni.
Mimo ciemnicy za oknem nie potrafiłam
zasnąć. Mimo ramion Daniela i jego cudownych słów do poduszki, sen nie
nadchodził. Cały czas pozwalałam by złość się we mnie tliła. Choć poza nią na
moją bezsenność składało się jeszcze kilka rzeczy. Na przykład bez przerwy
wibrujący telefon na biurku. Ktoś bez przerwy się do mnie dobijał, a ja dobrze
wiedziałam kto.
Odwróciłam się na drugi bok. Przyglądałam
się spokojnej twarzy Daniela. Wyglądał o wiele lepiej kiedy spał. Umiarkowany
oddech, lekko rozchylone usta. Jego prawdziwa dziewczyna będzie mogła na to
patrzeć bez końca. A może to on czuwałby nad nią? Mogłabym nią być, tą
szczęśliwą dziewczyną otoczoną cudowną opieką. Chodzilibyśmy na romantyczne
spacery, kolacje przy świecach i spędzali noce pod gwiazdami. Byłabym
szczęśliwa i bezpieczna. Mogłabym się na to zgodzić.
A co ze szkołą? Nie możesz tu zostać do
końca życia. Złożyłaś papiery do liceum w swoim mieście. Nie możesz teraz tego
zmienić, a jeśli chcesz zostać kimś musisz się uczyć. Daniel też się nie
przeniesie. Ma zespół, kilku wiernych przyjaciół, maturę. Związek na odległość
nie wypali. Przecież nie wiesz, co się stanie kiedy spotkasz Diabła na ulicy.
Czy mu nie ulegniesz. Chciałabyś tak bardzo skrzywdzić Motylka? Tyle już
przeszedł. Nie zasłużył sobie na kolejne ciosy – mówiła moja podświadomość. – A
co z tym cudownym dreszczem emocji? Adrenalina? Daniel ci tego nigdy nie
zapewni, dobrze to wiesz. Tylko jedna osoba jest do tego zdolna – ciągnęła.
Dobrze wiedziałam, że moje drugie ja ma
rację. Bałam się tylko przyznać kto jest moim księciem z bajki. A on tak bardzo
mnie skrzywdził.
Miłość jest cierpieniem. Wymaga poświęceń.
Wymaga cierpliwości. Wymaga wytrwałości. Wymaga skruchy – podświadomość dalej
mnie przekonywała.
Ale chciałabym normalności. Kwiatów na
walentynki i czekoladek na każdą rocznicę.
Wcześniej, kiedy twój poprzedni związek był
aktualny, nie przejmowałaś się rocznicami ani walentynkami, a ten chwilowy
odskok z Danielem wystarczy ci na bardzo długo. Ale przy Diable o tym wszystkim
zapomnisz. Będziesz szczęśliwa mimo tych chwilowych upadków.
Przyjrzałam się Danielowi jeszcze raz.
Starałam się przypomnieć choć jedną chwilę, gdy moje serce straciło dla niego
swój stały, wyćwiczony rytm. Nie było ani jednej. Żadnej realnej, żadnej jawy.
Pustka. Przesunęłam dłonią po jego gładkiej twarzy. Zatrzymałam palce na
chłodnych ustach. Muskałam je opuszkami szukając dla siebie usprawiedliwienia.
Jedynej rzeczy, która zakwestionowałaby
prawdę, jakiej byłam świadoma. Ale bolesna rzeczywistość tylko coraz
bardziej uświadamiała mnie w tym, co łączyło mnie z chłopakiem. Nie było to
żadne uczucie. A może raczej było, lecz nie miało takiej mocy jaką powinno
mieć. Cielesność i potrzeba bliskości nie były najlepszymi fundamentami.
Przesunęłam kciukiem wzdłuż dolnej wargi.
Złożyłam na niej lżejszy od piórka pocałunek, by po chwili wstać z łóżka i
schwycić telefon w mocnym uścisku.
- Halo? Diable? – spytałam cicho przy
kuchennym blacie.
- Inko? Nawet nie wiesz, jak bardzo się
cieszę, że odebrałaś.
- Chcę spokojnie spać, bez nikogo
wydzwaniającego przez całą noc.
- Przepraszam. Straciłem poczucie czasu i
rozsądek – zabrzmiał dość smutno. – Chciałem cię tylko poprosić abyś
przemyślała moją propozycję spotkania. Jest naprawdę dużo rzeczy, o których
powinnaś wiedzieć. Chcę ci je osobiście wyjaśnić. To wszystko. Nie ma w tym
żadnego haczyka. Proszę, zastanów się.
- Już się zastanowiłam – odparłam spokojnie.
– Zgadzam się na to spotkanie, skoro tak bardzo ci na tym zależy.
- Naprawdę? Gdzie jesteś? Zaraz po ciebie
przyjadę, zabiorę do siebie i…
- Nie, Diable – przerwałam mu. – Jest środek
nocy, a poza tym spotkamy się na moich warunkach.
Chwilę zajęło mu przetrawienie tej wiadomości.
Pod tym względem miałam zamiar pozostać nieugięta. On prosi o spotkanie, ale ja
mam kilka żądań.
- Dobrze – wydawałoby się, że słowa wypalały
mu przełyk, kiedy je wymawiał.
Podałam mu dokładny adres i datę naszego
wyjścia. Miało nastąpić jutro w jednej z kawiarni, którą pokazał mi Motylek.
Diabeł zgodził się na wszystko. Chciałam go zobaczyć na neutralnym gruncie,
gdzie miałabym pewność, że nie stanie się nic tragicznego. Pożegnaliśmy się
cichym dobranoc, w momencie, gdy ktoś wszedł do kuchni i zapalił w niej jedno
ze świateł.
Odwróciłam się zaskoczona i przestraszona
jednocześnie. W progu stała matka Daniela. Przyglądała mi się niepewnie.
Schowałam telefon za plecami. Niestety, zbyt wolno by go nie zauważyła.
Toczyłyśmy wewnętrzną walkę o to czy się odezwać czy nie. W końcu dostrzegłam
przebłysk wstydu w jej oczach. Wtedy zrozumiałam.
- Przepraszam – zaczęłam. Zdziwiona
podniosła na mnie wzrok. – Powiedziałam tego wieczoru zbyt dużo rzeczy. Nie
powinnam. Nie miałam prawa cię oceniać nawet dobrze cię nie poznawszy. Ale
zrozum. Kiedy zobaczyłam jego plecy… - urwałam. Ona rozumiała, widziałam to w
jej wzroku. Winnym i pełnym żalu. Musiała czuć się podobnie. Świadomość
cierpienia Daniela musiała być nie do zniesienia. Ale jednak nic z tym nie
zrobiła, upomniałam się w duchu.
Umilkłam, czekając na jej reakcję. Magda nie
mówiła nic. Pokiwała tylko głową i odłożyła trzymany w dłoni kieliszek do
kuchennego zlewu. Spojrzała na mnie ponownie w ciszy. Westchnęłam i ruszyłam do
wyjścia.
- Wiem, że mój syn nie jest jedyny –
przemówiła. Zatrzymałam się, by móc wysłuchać, co ma mi do powiedzenia. – Widzę
to. Jesteś rozdarta między nim, a kimś jeszcze. Nie jesteś pewna kogo wybrać, prawda?
To nie będzie łatwa decyzja, sama musiałam podjąć podobną. Dlatego zastanów się
dobrze, bo odwrotu już nie będzie, ale postaraj się zrobić to szybko, bo możesz
stracić ich oboje.
Myślałam chwilę nad jej słowami. Musiała
podjąć takie same ryzyko, jak ja teraz? Czy jej wyborem był jej małżonek? Czy
mnie spotkają takie same konsekwencje? Czemu choć jedna rzecz w moim krótkim
życiu nie może być prosta?
- Dziękuję – mruknęłam. – Za radę.
________
Przepraszam, że rozdział nie został wstawiony, ale nie miałam dostępu do internetu przez cały tydzień. Jutro opublikuję następny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz